Małżeństwo i Rodzina                                   NIEZALEŻNY KWARTALNIK NAUKOWY
NUMER 2 (10) ROK III • KWIECIEŃ-MAJ-CZERWIEC • 2004


 
W     N U M E R Z E:
Maria Szyszkowska
Filozofia nasza codzienna

Antoni Rajkiewicz
    • Polskie małżeństwa i rodziny oraz gospodarstwa domowe w świetle statystyki
Krzysztof Arcimowicz
Męskość w kulturze współczesnej

Kazimierz Pospiszyl
    • Ojcostwo w życiu mężczyzny
Katarzyna Sępowicz-Buczko
    • Wychowawcza rola ojca w rodzinie
Agnieszka Stępniak-Łuczywek
    • Wpływ okresu dzieciństwa na małżeństwo (przegląd teorii i badań)
Beata Chorągwicka
O miłości małżeńskiej naukowo

Izabela Foremniak
    • Satysfakcja seksualna w małżeństwie (problematyka badań własnych)
Katarzyna Buczek
    • "Kosmopolitanizacja" kobiet polskich
Magdalena Kwiatkowska
    • Dziecko w reklamie społecznej

R E C E N Z J E:
Ryszard Karpowicz
Inka Dowlasz: "Pani Bukowego Wzgórza"

Alicja Kurcz, Jerzy Pająk
    • Ewa Milewska: "Kim są rodzice adopcyjni? Studium psychologiczne"
Mariusz Zemło
    • Janusz Mariański: "Między sekularyzacją i ewangelizacją. Wartości prorodzinne w świadomości młodzieży szkół średnich"
Andrzej Kler
    • Streszczenia artykułów w języku angielskim
    • Ilustracje w numerze ze zbiorów redakcyjnych

 
 
 

Filozofia nasza codzienna
Maria Szyszkowska

      STEREOTYPY. Tym, co zabiera nam wolność, są na pewno przesądy przekazywane z pokolenia na pokolenie jako rzekomo niepodważalne prawdy. Ciężar tradycji, świadomość, że nasi przodkowie żyli według takich schematów i według nich myśleli - działa obezwładniająco. I tu powstaje dylemat: bo z jednej strony ciąży na nas to, co nam zaszczepiono w latach poprzednich - zwłaszcza w dzieciństwie i wtedy, kiedy dorastaliśmy - z drugiej strony nasza natura buntuje się przeciwko pewnym prawidłowościom, którym poddane jest życie innych ludzi. Czujemy sprzeciw wobec tego, co powszechne - i to jest, powiedziałabym - moment naszego przebudzenia. Problem jest jednak skomplikowany, dlatego że charakteryzuje nas łatwość poddawania się zniewoleniu. Hamująco też działa na nas lęk przed opinią innych ludzi. Boimy się podejmować decyzje.
      Myślę, że jedną z takich decyzji, które bywają trudne do rozstrzygnięcia, jest problem: gdzie mieszkać? Nie musimy bowiem czuć się zniewoleni miejscem pobytu naszych przodków. Otóż wśród rozmaitych przesądów i stereotypów w myśleniu dochodzą w naszym społeczeństwie również do głosu absurdalne poglądy oceniające ludzi pochodzących ze wsi jako rzekomo gorszych. Człowiek urodzony i żyjący w mieście niejednokrotnie spogląda z wyższością na mieszkańców wsi. Jest to absurdalne, ale trudne do wykorzenienia. Być może narastające bezrobocie w miastach uświadomi przynajmniej tyle, że będąc bezrobotnym na wsi, można się jakoś wyżywić z kawałeczka ziemi. Natomiast nie mając pracy i żyjąc w mieście, często nie można znaleźć środków do życia. Ucieczki ze wsi do miasta były typowe dla naszego społeczeństwa w pierwszej połowie XX wieku i w latach następnych. Ten proces był w Polsce niezmiernie silny i uczynił zresztą nasze społeczeństwo przemysłowym. Ale na przełomie XX i XXI wieku powstało nowe zjawisko - ucieczka w kierunku odwrotnym, z miasta na wieś.
      Na dokonywane wybory życiowe miewa wpływ wiara w Boga. Jest rzeczą oczywistą, że człowiek, który wierzy w istnienie Boga, ma jakiś punkt oparcia poza sobą. Można więc najogólniej stwierdzić, że wiara w Boga czyni człowieka mocniejszym. Ale mam na myśli wiarę w istnienie Absolutu - takim mianem w języku filozoficznym określa się Boga. Pojęcie Boga - pod wpływem rozmaitych wyznań religijnych - obrosło zbyt mocna określonym sensem. Bóg mianowicie kojarzy się z postacią człowieczą. Mamy w sobie skłonność do antropomorfizacji, to znaczy traktowania wszelkich istot na podobieństwo człowieka. W dramatach Henryka Ibsena zawarta jest znakomita krytyka właśnie owej antropomorfizacji: wyobrażanie sobie Boga jako starca z brodą, siedzącego na wspaniałym tronie. Dlatego też, aby uniknąć owego pojęcia obrosłego w określony sens, w filozofii używa się przede wszystkim nazwy Absolutu.
      Wyznawcom poszczególnych religii narzucane są określone poglądy, których nikt nie jest w stanie udowodnić. I tu zachodzi pewnego rodzaju sprzeczność, ponieważ w Europie uczy się nas, że mamy posługiwać się rozumem i odwoływać się do jego siły, ale w sprawach wiary - w przypadku dogmatów i rozmaitych nakazów - ma cichnąć siła rozumu. Innymi słowy, każdy z nas stoi wobec konieczności decyzji: czy wybrać pełnię wolności i siebie jako ostateczny punkt odniesienia, czy też ograniczenie wolności związane z poddaniem się zasadom określonego wyznania? Należy też starannie odróżnić wiarę religijną - przyjmowaną na zasadzie stereotypowego sposobu myślenia, na mocy autorytetów, tradycji czy wpływu otoczenia - od wiary szczerej, głębokiej. Prawdopodobnie mało jest w każdym społeczeństwie osób, które w żywy sposób odczuwają kontakt z Bogiem. Na ogół wiara religijna prowadzi do tego, że ocenia się wszelkie zjawiska z punktu widzenia dobra i zła. Nie można jednak zapominać o tym, że są również inne kryteria, które pozwalają wartościować zjawiska otaczającego nas świata, a zwłaszcza postępowanie ludzi. Jestem przekonana, że poczucie sprawiedliwości jest czymś, co tkwi w nas intuicyjnie. W XX wieku wiele na ten temat pisał w sposób odkrywczy polski filozof, Leon Petrażycki.

      LĘKI. Przywiązujemy się nie tylko do członków rodziny. Ludzie bliscy stanowią szczególny krąg, tworzący nasz świat. Cierpimy, jeśli nie pojawiają się zgodnie z zapowiedzią - niepokoimy się o nich. Martwimy się również, gdy intuicja podpowiada, że coś im grozi. Wystarczy nie wrócić o zapowiadanej porze do domu czy przyjechać z wakacji w późniejszym terminie, by wywołać w bliskich stan głębokiego niepokoju. Logicznie myśląc, jest czymś bezsensownym uruchamiać mocą wyobraźni wizje możliwych nieszczęść, zanim one faktycznie nastąpią.
      Medycyna Dalekiego Wschodu dawno zwróciła uwagę na zależność zdrowia od wystrzegania się czarnych myśli. Być może lęki są nierozerwalnie związane z naszym życiem, ale każdy powinien - kierując się troską o zdrowie - nauczyć się sterować własną wyobraźnią.

      NIEUFNOŚĆ. Gdy przestajemy wierzyć ludziom tworzy się wokół nas pustka. Separujemy się wtedy od innych, zamykamy w kręgu rodzinnym i żyjemy w naszych mieszkaniach jak w twierdzach. Włączony telewizor zastępuje bezpośredni kontakt ze światem. Rzeczywistość wirtualna zaczyna odgrywać rolę faktycznego świata. Obraz życia człowieka nieufnego tchnie osamotnieniem. Nieufność unieszczęśliwia, bo tworzy barierę między człowiekiem a człowiekiem. Cenne są kontakty z ludźmi, ale atmosfera nieufności niweczy ich sens. Człowiek nieufny jest zarazem podejrzliwy i - co gorsza - przesycony pesymizmem. Przewiduje z góry jakieś nieżyczliwe poczynania ludzi wobec siebie. Dręczy się, odgradza od innych. Nieufność skazuje na pewnego rodzaju jałową egzystencję. Brak więzi z innymi ludźmi sprawia, że życie nie przynosi spodziewanej gamy doznań i wrażeń.
      Człowiek ostrożny mniej w życiu ryzykuje niż człowiek ufny. Jednak istnienie w kokonie nieufności jest wyrazem słabości i lęku. Prowadzi także łatwo do niesprawiedliwych ocen. Bywa bowiem i tak, że nieufność budzi ktoś z racji swojej odmienności w sposobie zachowania czy ubrania. Tkwi w nas łatwość akceptowania tych, którzy nie odbiegają od stereotypów. Zatem zdarza się, że bez powodu darzymy nieufnością kogoś, kto jest godny zaufania. Dlatego zachowajmy przez całe życie tę ufność, z jaką odnosiliśmy się do ludzi będąc dziećmi. Taka postawa jest twórcza. Naiwne byłoby natomiast darzenie zaufaniem tych, którzy nas rozczarowali. Nie znaczy to , że mamy zachowywać urazy czy niechęci. Można nawet darzyć sympatią i sentymentem tych, którzy nas zawiedli.

      ZAKŁAMANIE. Bohater naszych czasów wtrąca angielskie słowa, nosi telefon komórkowy i nie rozstaje się z nim nawet w kawiarni. Jest pewny siebie, myśli o karierze, pieniądzach. Naturalnie jada lunch, a nie obiad, ma kartę kredytową, chętnie rozprawia o zmianie samochodu na auto lepszej marki. Jest kimś przeciętnym, aczkolwiek bywa nieprzeciętnie sprytny i zaradny życiowo. Ideały są dla niego śmieszne i przestarzałe. Własną nijakość uznaje za stan oczywisty i nie odczuwa pokory wobec wiedzy lub mądrości innych. Bohater naszych czasów chętnie politykuje w chwili wolnej od zajmowania się interesami. Wie także, kogo należy uznawać za autorytet. Chlubi się swoją rodziną, a przelotne miłostki czy korzystanie z agencji towarzyskich nie przeszkadzają mu w uznawaniu siebie za porządnego człowieka. Zarysowany tu obraz to - pokazany w krzywym zwierciadle - wyostrzony, model nowoczesnego człowieka, który u nas funkcjonuje. Zanurzony w codziennych problemach, nie poświęca czasu na kształtowanie własnego poglądu na świat. Dostosowuje się do tego, co powszechne. A Jeśli myśli lub czasem czuje inaczej niż ogół - raczej to zataja, by nie różnić się od innych.
      Wierność wobec własnych poglądów nie jest - niestety - dla wielu z nas wartością podstawową. Stan zakłamania zaczyna się wtedy, gdy nie zachowujemy się zgodnie z naszymi przekonaniami, udajemy poglądy odmienne od tych, które rzeczywiście wyznajemy. Miewa to niekorzystny wpływ na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne. Zatajanie własnego stanowiska, a głoszenie prawd dobrze widzianych jest częste w naszym społeczeństwie. Na przykład ci, którzy oburzają się na erotyczny charakter reklam - zdarza się, że po cichu, oglądają pisma pornograficzne. Moraliści wytykający często wady innym sami bywają sadystami w rodzinnym domu. Dla wielu ma znaczenie przede wszystkim to, co inni o nich pomyślą i powiedzą. Prawidłowa byłaby natomiast troska o to, ażeby zaaprobować siebie przez siebie. Wypieranie się swoich poglądów ze względu na spodziewane korzyści wypacza charakter. Naganna jest - nie ma co do tego wątpliwości - zmiana poglądu na świat ze względu na korzyści. Równie naganne jest deklarowanie jakichś poglądów moralnych i zarazem odstępowanie od nich skrycie w swoim życiu. Przestańmy udawać, że wyznajemy jakieś poglądy, skoro nie postępujemy zgodnie z nimi.

      WSTYD. Wstyd to jedno z uczuć, do którego rzadko się dzisiaj odwołujemy. To prawda, że stany psychonerwicowe związane z poczuciem wstydu mogą utrudniać funkcjonowanie w społeczeństwie, jednak o jednostce świadczą pozytywnie, bo są wyrazem ponadprzeciętnej wrażliwości. Źle jest, że tak mało mówi się dziś o wstydzie. Może on bowiem stanowić skuteczną zaporę dla czynów nagannych. Ponadto przeżywanie wstydu wywołuje zarazem głębszą refleksję nad postępowaniem czy cechami swojego charakteru. Przeżywanie wstydu bywa pozytywnym motorem w życiu człowieka, aczkolwiek nie jest przeżyciem przyjemnym.
      Najwięcej kłopotów z przezwyciężaniem wstydu mają ci, którzy odważnie chcą żyć po swojemu, nie bacząc na to, co powszechnie ocenia się jako właściwe i szacowne. Trzeba w takiej sytuacji wyrabiać w sobie odwagę, bo otoczenie stara się wywoływaniem wstydu pohamować tego, kto jest wolny od panujących uprzedzeń. Pamiętajmy, że podlegamy rozmaitym manipulacjom. Jedną z ich odmian jest powstrzymywanie jednostek od wyłamywania się spod tego, co w danym społeczeństwie uznaje się za normę. Tymczasem nie ma obiektywnych norm postępowania. W gruncie rzeczy obowiązani jesteśmy jedynie odnosić się z szacunkiem do drugiego człowieka i do wszelkich istot żyjących. Nie wolno nam ich zabijać ani stosować wobec nich przemocy. Jeżeli spośród żywych istot jakieś - a więc nie tylko człowieka - krzywdzimy, to wtedy całkowicie uzasadnione jest poczucie wstydu.
Poczucie wstydu powinno być regulatorem ludzkich poczynań, ale nie należy na przykład w sferze erotycznej wstydzić się tego, co nas uszczęśliwia. Oczywiście pod warunkiem, że nie przekraczamy bariery prawa. Trzeba starannie odróżniać poczucie wstydu, które spontanicznie w nas się rodzi, od poczucia wstydu, które pragnie w nas wzbudzić otoczenie. Nie ma na przykład żadnego powodu, by wstydzić się miłości erotycznej w wieku sędziwym. W polskiej mentalności jest to niewłaściwe, bo należy poświęcać się rodzinie zamiast myśleć o własnym szczęściu. Proponowałabym, by zaczęło funkcjonować poczucie wstydu spowodowane niespełnieniem obowiązków wobec samego siebie. Skłonność do masochistycznych wyrzeczeń to uzasadniony powód do wstydu. Oczekuję też niecierpliwie na chwilę, w której wstyd będzie wywoływany rozbieżnością myśli, słów i działań. Uważam, że powinno się demaskować ludzi zakłamanych, wywołując w nich poczucie wstydu.

      PRZEBACZENIE. Możliwe są dwie skrajne postawy: przebaczanie albo hodowanie w sobie niechęci, żalu, pretensji, a nawet nienawiści połączonej z chęcią zemsty. Problem ten wykracza poza dziedzinę, w której dochodzą do głosu kryteria dobra i zła. Uważam, że wszelkie moralizowanie jest tu zawodne, traci sens. Znam osoby, które czerpią ogromną siłę psychiczną z nieprzejednanego stosunku do tych, którzy wyrządzili im krzywdę. Zdarzają się filmy, gdzie dochodzi do pojednania pomiędzy bliskimi sobie osobami dopiero na łożu śmierci. Westerny są obrazem rozmaitych sytuacji mających wspólny mianownik: otóż większość bohaterów pragnie zemsty za doznane krzywdy i niesprawiedliwości. Nie jest skłonna wybaczać, honor na to nie pozwala. Zemsta jawi się jako przejaw sprawiedliwości i ma przywrócić porządek w świecie. Zatem nienawiść, niezdolność do wybaczania może nadać sens istnieniu człowieka. Cel staje się wyraźny. Myślę, że jest to postawa częściej spotykana w świecie mężczyzn niż kobiet. Aczkolwiek znam kilku byłych więźniów Oświęcimia, którzy potrafili uwolnić się od nienawiści do wrogów. Jeden z nich, Stefan Król - malarz i myśliciel, twierdzi nawet, że "każdy dzień życia, to wielkie święto".
Powstaje pytanie, jak odróżnić przebaczanie od nadmiernej tolerancji, samoudręczenia, czy głupoty? Są bowiem granice, których nigdy nie należy przekraczać. Powinna dochodzić do głosu elementarna przyzwoitość między ludźmi. Po przekroczeniu jej przez jedną ze stron, lepiej zerwać więzi. Czymś innym jest przebaczanie i nietolerowanie dalej czynów wymierzonych w nas, a czymś innym zapominanie win i pełne słabości poddawanie się dalej temu, co w nas godzi. Przebaczajmy, ale nie pozwalajmy, by nadal spotykało nas zło ze strony tych, którym wybaczamy. Nadzieja, że się zmienią, jest niczym nieuzasadniona.

      ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Odpowiedzialność wymaga wolności. Rezygnację z odpowiedzialności usprawiedliwić może w niektórych przypadkach zagrożenie własnego życia. Jeśli kogoś stać na rzetelne zachowanie jedynie wobec zwierzchnika i osób, od których jest uzależniony - z wyłączeniem równych bądź niższych w hierarchii - to pojawia się brzydka rysa w charakterze danej osoby. Większość z nas zbyt rzadko zastanawia się nad sprawami wykraczającymi poza problemy życia codziennego. Odpowiedzialność dotyczy jednak zarówno tego, co zwykłe, jak i tego, co niepowszednie. Jednym kojarzy się ona z daleko idącą troską o dzieci lub wnuki, dla innych odpowiedzialne jest rezygnowanie z własnych planów, marzeń i pragnień ze względu na rodzinę. To bywa błędem. Jest bowiem oczywiste, że mamy obowiązki wobec rodziny, ale przede wszystkim powinniśmy być odpowiedzialni za siebie, własne istnienie, rozwój drzemiących w nas możliwości. Odpowiedzialność nakłada też obowiązki. Zmusza do przezwyciężania bierności, ospałości, wygodnictwa, skłania do czynnego życia. Wymaga przede wszystkim zagwarantowania sobie - często w opozycji do bliskich - pewnego obszaru niezależności.
      Odpowiedzialność dotyczy spraw drobnych i - to oczywiste - wielkich. Duże znaczenie ma wyrobienie jej u polityków, ich decyzje dotyczą bowiem wszystkich. Jeszcze większe znaczenie ma dla każdego z nas poczucie odpowiedzialności lekarzy. Nie można tu zapomnieć o pedagogach kształtujących świadomość kolejnych pokoleń, uczonych lub artystach. Co więcej - odpowiedzialność wymaga odwagi. Dlatego niejeden ucieka przed nią, winiąc potem kogoś z bliskich za swoje nieudane życie. Zmniejszone poczucie odpowiedzialności płynie z nadmiernego egocentryzmu i braku wrażliwości. Nie ma wątpliwości co do tego, że człowiek odpowiedzialny to ten, który czuje i wyraża swoim postępowaniem troskę o innych, nawet zupełnie nieznanych sobie ludzi. Nie zapominajmy jednak, że podstawowym rodzajem odpowiedzialności jest odpowiedzialność wobec samego siebie. Powinna ona skłaniać do refleksji oraz zgodności naszych myśli, słów i czynów.

 


Męskość w kulturze współczesnej
Krzysztof Arcimowicz

      Kruchość tradycyjnej konstrukcji męskości. Jeszcze kilka dekad temu istniała zgodność, że "prawdziwy mężczyzna" to ten, który dzięki swojej pracy zapewnia byt rodzinie, i że to właśnie praca zawodowa jest sednem tożsamości męskiej. Dziś takiej zgodności już nie ma. Coraz częściej możemy natknąć się na - wypowiadane w różnej formie - opinie, dotyczące kryzysu męskości i rozmycia kategorii męskości. W połowie lat 70-tych XX wieku pojawiła się nowa dziedzina badań - studia nad mężczyznami (Men's Studies lub Masculinity Studies). Autorzy lokujący swe zainteresowania w tym obszarze badawczym, zaczęli sugerować, iż tradycyjna męskość potrzebuje gruntownego przemyślenia. Sugerowano, że tradycyjne, sztywne określenia ról męskich są niekorzystne dla mężczyzn, ponieważ ograniczają skalę potencjalnych doświadczeń życiowych i możliwości samorealizacji1/. Nowe studia uniwersyteckie ujmowały kategorię męskości, jako zmienną w społecznej organizacji. Podkreślano, iż tożsamość płciowa nie jest determinowana przez naturę, lecz konstruowana kulturowo (Brod, 1992; Kimmel, 1987).
      W latach 60-tych minionego stulecia w wysoko uprzemysłowionych społeczeństwach zaczął się kryzys tradycyjnego modelu rodziny, rozumianego jako sformalizowany związek mężczyzny i kobiety, posiadających dzieci, w którym głową rodziny jest mężczyzna. Zwiększyła się znacznie liczba par kohabitujących, często bezdzietnych. W dekadzie lat 80-tych w Skandynawii - następnie w Holandii i we Francji - rozprzestrzenił się typ związku charaktery-styczny dla epoki postindustrialnej tak zwane LAT (living apart together). Zmniejszająca się liczba zawieranych małżeństw wynika z tego, że mężczyźni - podobnie jak kobiety - rozważają, wiążące się z tym korzyści i obowiązki. Zmiany społeczne, związane z emancypacją kobiet, a więc wzrost ich statusu społecznego, powodują erozję roli ojca jako głowy rodziny (Arcimowicz, 2003). Ponadto podwyższający się poziom życia i gwałtowny rozwój usług uniezależnia jednostkę od rodziny. Wydaje się, że współcześni mężczyźni są coraz bardziej zdezorientowani nie tylko w życiu rodzinnym, lecz również w sferze zawodowej. Wiele do myślenia dają, prowadzone w latach 70-tych, socjologiczne badania Daniela Yankelovicha, które pokazują, że około 80% pracujących mężczyzn odczuwało swoją pracę jako pozbawioną sensu i uciążliwą (Kimmel, 2000). Badani mężczyźni uważali, że praca, którą wykonują, jest warta trudu tylko dlatego, że dzięki niej mogą utrzymać rodzinę, a zatem być prawdziwymi mężczyznami. Dziś jednak, wzrastająca aktywność zawodowa kobiet powoduje, że ojcowie przestali być jedynymi żywicielami swoich rodzin. Co więcej, w sferze zawodowej i publicznej mężczyźni muszą podejmować rywalizację nie tylko z innymi mężczyznami, ale z coraz liczniejszą grupą świetnie wykształconych i ambitnych kobiet. W obecnej sytuacji na rynku pracy, osiągnięcie sukcesu jest trudniejsze niż w przeszłości. Georgia Witkins (1997) w książce "Stres męski" przytacza wiele dowodów na to, że kultura oparta na wartościach męskich przynosi szkody również samym mężczyznom. Autorka twierdzi, iż współzawodnictwo jest dużym obciążeniem psychicznym. Zaczyna się już w dzieciństwie, a następnie przenosi się do dorosłego życia zawodowego. Chłopcom od najmłodszych lat wpaja się, że powinni pracować na rodzinę, dokonywać wyborów i panować nad każdą sytuacją. Kiedy upragnione potwierdzenie sukcesu nie nadchodzi - zaczyna się stres. Przekonanie, że w danym wieku powinno się już coś osiągnąć, presja aby zapewnić byt rodzinie, lęk przed impotencją, chorobą i śmiercią to typowe formy męskiego stresu. Mężczyźni dużo częściej niż kobiety podejmują próby samobójcze. Wśród mężczyzn notuje się więcej zawałów serca, zgonów spowodowanych nowotworami i - co jest bardzo znamienne - mężczyźni żyją krócej (przeciętnie o siedem lat) od kobiet (Brannon, 2002). Wzorzec umieralności - zaobserwowany w najbardziej uprzemysłowionych krajach świata - występuje również w Polsce.
      Seksuolog brytyjski Kenneth Purvis (1998) wskazuje, że tak zwana "choroba yuppies", odzwierciedlająca ostrą walkę znaczoną wieloma porażkami i niepowodzeniami, jakich doświadczają mężczyźni podczas wspinaczki po społecznej drabinie hierarchii, może rzutować na ich potencję. Purvis twierdzi, że jednym z pierwszych objawów negatywnego oddziaływania stresu i przemęczenia są kłopoty z potencją. Autor uważa, iż obniżenie się statusu lub lęk przed taką możliwością wystarczy do pojawienia się impotencji. W kulturze zachodniej seksualność stanowi ważny teren ustanawiania męskości. Jednak potwierdzenie własnej tożsamości przez seksualność może okazać się dość problematyczne, mężczyźni mają bowiem kłopoty z erekcją. Leonore Tiefer (1987) twierdzi, że w przypadku wielu mężczyzn diagnoza o fizjologicznym podłożu tych problemów jest błędna (według tej autorki tylko 50% procent przypadków może mieć podłoże fizjologiczne). Uważa ona, że czynniki psychologiczne - związane, np. ze szkodliwym oddziaływaniem stresu - są tu daleko bardziej prawdopodobne.
      Młodzi mężczyźni są niepewni swojej męskości. Dzieje się tak głównie dlatego, że męskość tworzona przez kulturę jest utożsamiana z męskością wynikającą z natury. Młody mężczyzna ma wobec imperatywów zawartych w tradycyjnym modelu męskości ambiwalentne odczucia. Ten model jest atrakcyjny (zapowiada pracę i władzę), ale jednocześnie wydaje się groźny (obcy i odległy emocjonalnie). Jednoczesne postrzeganie tradycyjnej męskości jako atrakcyjnej i obcej jest uwewnętrznione w postaci emocjonalnego napięcia, z którym młody mężczyzna musi walczyć (Kaufman, 1994).

      Playboy, model, "trzecia płeć" - w kierunku depolaryzacji płciowej? Piękno stanowiło do niedawna w kulturze zachodniej jedną z głównych płaszczyzn podtrzymywania różnicy płciowej. Nadal stanowi ono istotę kobiecości, ale wymóg bycia pięknym zaczyna w coraz większym stopniu dotyczyć również mężczyzn. Już w latach 50-tych XX wieku nastąpił wzrost zainteresowania wyglądem mężczyzny w związku z pojawieniem się w USA wielu męskich magazynów, lansujących hedonistyczny styl życia ("Penthaus", "Playboy", "Hustler", "Sports Illustrated"). W czasopismach prezentowano młodych, wysportowanych i zadbanych mężczyzn. Diane Barthel (1992) twierdzi, że reklama przyczyniła się do "feminizacji kultury", ponieważ mężczyźni, będący konsumentami upodobniają się do kobiet - stają się, podobnie jak one, obiektami manipulowania. Można powiedzieć, że wzór kochanka pojawiający się w mediach podważa tradycyjną koncepcję męskości, bowiem perfumowanie się i upiększanie ciała jest tradycyjnie łączone z kobiecością. Stanowi to odejście od tradycyjnego wzoru, w którym mężczyzna potwierdza swoją męskość przez założenie rodziny i bycie ojcem. Prezentowany w reklamie i w kolorowych magazynach wzorzec kochanka Barthel określa mianem "nowy mężczyzna" (New Man)2/.
      W tym miejscu należałoby wspomnieć o zawodzie modela (Arcimowicz, 2003). Dawniej w reklamach lub pokazach mody uczestniczyli raczej przypadkowi mężczyźni. Obecnie są to starannie wyselekcjonowani profesjonaliści - wybiera się mężczyzn przystojnych i wysokich. Pojawienie się tego zawodu, którego istotą jest bycie pięknym (mężczyźni depilują się, kontrolują swoją wagę) podważa kategorię piękna jako podstawę różnicowania płci. W tej profesji piękno staje się wyznacznikiem męskości. Warto również zauważyć, iż od kilkunastu lat organizowane są konkursy piękności, w których biorą udział mężczyźni. Pierwszy konkurs, w którym wybierano najatrakcyjniejszego mężczyznę odbył się w 1987 roku w Singapurze.
      W kulturze współczesnej coraz większa liczba mężczyzn dba o swój wygląd: stosuje kosmetyki, odwiedza salony piękności, poddaje się operacjom plastycznym i chodzi na siłownię. Marcus Field podaje, że na określenie zjawiska wzrastającej próżności mężczyzn w Wielkiej Brytanii ukuto termin "czynnik Beckhama". David Beckham ładnie wygląda, a do tego świetnie gra w piłkę. Skoro więc eksperymentuje z fryzurą czy lakierem do paznokci, to mężczyznom wydaje się, że próżność w kwestii wyglądu nie jest niczym złym. Podobnie mogą oddziaływać znani i atrakcyjni aktorzy czy modele. Terror piękności, któremu od lat ulegały kobiety, dziś wywiera coraz większą presję również na mężczyzn. Atrakcyjność fizyczna staje się ważnym atrybutem mężczyzny. Można zaryzykować tezę, iż narcyzm stał się mężczyznom niezbędny do przetrwania. W kulturze współczesnej - jak już wspomniałem - rola żywiciela rodziny ulega erozji. Od czasu kiedy kobiety nabrały poczucia niezależności i stały się bardziej asertywne, mężczyźni muszą dokładać więcej starań, aby przyciągnąć ich uwagę. Jeśli mężczyzna jest atrakcyjny fizycznie, to zyskuje sporą przewagę nad innymi (Field, 2003).
      Obok wzoru kochanka - poświęcającego dużo czasu i energii zachowaniu w świetnej kondycji dobrze umięśnionego ciała - w mediach pojawiają się wizerunki mężczyzn androgynicznych - bardzo zbliżonych fizjonomią, sylwetką oraz strojem do kobiet (np. w reklamach wody toaletowej "Fragile" i salonów odzieży "Kenzo"). Zanim androgyniczny wizerunek mężczyzny zaistniał w reklamie już na przełomie lat 60-tych i 70-tych pojawił się w przemyśle rozrywkowym. Muzycy rockowi - zgodnie z panującą wówczas modą - zaczęli nosić długie włosy i typowe dla tamtego okresu stroje osadzone w stylistyce hipisowskiej (Witkowska, 2003). Obecnie wokaliści zespołów rockowych (np. Brian Molko - Placebo, Ville Valo - H.I.M.) malują usta i paznokcie, stosują ostry makijaż. W niektórych wideoklipach trudno jest rozpoznać, czy śpiewająca osoba jest mężczyzną, czy kobietą. Opisując to zjawisko, niektórzy autorzy (Mosse, 1996) posługują się terminem "trzecia płeć" (Third Sex). Trzeba zaznaczyć, że opisane powyżej zjawiska (rezygnowanie przez mężczyzn z oporu wobec tradycyjnych produktów kobiecych, upodobnianie się mężczyzn do kobiet pod względem wyglądu) nie muszą automatycznie oznaczać zmiany cha-rakteru stosunków społecznych między płciami. Nie mamy tu bowiem do czynienia z dekonstrukcją istniejącej hierarchii płci, ale jedynie z pewnym wyłomem w tradycyjnej koncepcji męskości. Mężczyzna stosujący kosmetyki i dbający o swój wygląd może nadal być stroną dominującą w relacji z kobietą (Arcimowicz, 2003).
      W tym miejscu należałoby również wspomnieć o występującej w kulturze popularnej naturalizacji orientacji homoseksualnej i biseksualnej. Zdaniem Zbyszko Melosika heteroseksualność traci charakter normy wyznaczającej dozwolone granice i zakres tożsamości. Jej status zostaje ograniczony do jednego z wielu stylów w zakresie seksualności. Jedną z głównych przyczyn zmiany stosunku mediów wobec problemu płci i seksualności jest walka o rynki zbytu. Warto także zauważyć, że homoseksualiści stanowią dość liczną grupą potencjalnych klientów (kilka procent) i co ważne - są to często ludzie dobrze wykształceni o wysokich dochodach. Strategie reklamowe wykorzystują dwuznaczności i podteksty łatwe do odczytania przez te mniejszości, ale trudne do zauważenia przez heteroseksualistów3/. Kategoria męskości nie ma charakteru esencjalnego, raz na zawsze ustalonego, lecz jest kategorią dynamiczną, o której kształt toczy się współcześnie dyskursywna walka (Melosik, 1996). Można powiedzieć, że w tradycyjnej koncepcji męskości prawo do podmiotowości miał jedynie biały heteroseksualny mężczyzna. Dziś podmiotowość zyskują różne mniejszości, także mężczyźni o nietypowej orientacji seksualnej.

Dwa paradygmaty męskości - w stronę partnerstwa kobiet i mężczyzn Wielu myślicieli, takich jak: Gregory Bateson, Fritjof Capra, Marylin Ferguson, Theodore Roszak, żywi przekonanie, że żyjemy na pograniczu epok. Uważają oni, że po wyczerpaniu się możliwości dotychczasowego wzoru kultury - który jest związany z tradycyjną wizją męskości - i zdaniu sobie sprawy z jego patogenności nieuchronnie musi nastąpić przeobrażenie. Na ogół wymienia się następujące dowody patogenności wzorca cywilizacji przemysłowej: niesprawiedliwy ład międzynarodowy, zagrożenie nuklearne, choroby cywilizacyjne, wyobcowanie jednostki, niszczenie zasobów naturalnych, niesprawiedliwość społeczną i ekonomiczną oraz nierówności między płciami (Capra, 1987). W ostatnich dekadach XX wieku obok tradycyjnej koncepcji mężczyzny pojawiła się nowa. Zakłada ona, iż po odrzuceniu cywilizacji opartej na seksizmie istnieje realna szansa stworzenia społeczeństwa składającego się z sieci zróżnicowanych, funkcjonujących na zasadzie konsensusu podmiotów, w którym to społeczeństwie - mówiąc słowami Jeana-Françoisa Lyotarda - każdy ma prawo do swej małej historii. Obecnie w kulturze Zachodu istnieją dwa konkurujące ze sobą paradygmaty męskości. Tradycyjny paradygmat ujmuje męskość jako dominację i specjalizację w określonych dziedzinach. Opiera się na dualizmie ról płciowych, asymetryczności cech męskich i kobiecych. Wymaga od mężczyzny podporządkowywania sobie innych mężczyzn, kobiet i dzieci. Oznacza przymus tłumienia uczuć i emocji, broni mężczyźnie wstępu do pełni ludzkich doświadczeń. Ogranicza wszechstronny, pełny rozwój człowieka. Natomiast nowy paradygmat męskości akcentuje równość oraz partnerstwo mężczyzn i kobiet, uznając te wartości za fundamentalne w tworzeniu nowego ładu społecznego. Zawiera koncepcje androgyniczności i samorealizacji - rozumiane jako dążenie do pełni człowieczeństwa. Mężczyzna nie walczy z istniejącą w nim kobiecością. Jego dewizą życiową staje się współdziałanie, a nie dominacja, jest on partnerem dla kobiet i dzieci. Nowy paradygmat pozwala mężczyźnie na eksponowanie zarówno cech męskich jak i kobiecych, pozwala osiągnąć pełnię indywidualnego potencjału człowieka (Arcimowicz, 2003).
      Bardzo ważne miejsce w nowej wizji męskości zajmuje nowy wzór ojca, w którym mężczyzna staje się partnerem dziecka. Nowy wzorzec pokazuje, że wychowywanie może się opierać nie tylko na utrzymywaniu rygoru, ale także na traktowaniu dziecka jako partnera, któremu należy tłumaczyć, dlaczego powinno postępować lub nie postępować w określony sposób. Postawa ojca polega na pomaganiu dziecku. Wzór ten jest trudny w realizacji, wymaga bo-wiem ze strony mężczyzny wiele wysiłku, ale daje możliwość rozwijania głębokich więzi emocjonalnych z dzieckiem. W ostatnich kilku dekadach w badaniach nad męską tożsamością w ramach gender studies zaczęto uwydatniać korzyści płynące z emocjonalnego otwarcia się mężczyzn. Wielu ojców doszło do wniosku, że warto bardziej angażować się w życie rodzinne i opiekę nad dzieckiem, gdyż dostarcza to nowych doświadczeń i jest korzystne dla ich zdrowia psychicznego. Rozpowszechnienie się w kulturze zachodniej partnerskiego modelu rodziny, w którym ojciec przejmuje część obowiązków związanych z opieką nad dzieckiem, znalazło odbicie w mediach. W reklamach telewizyjnych i serialach coraz częściej pokazuje się ojca wykonującego fizyczne czynności związane z opieką nad małym dzieckiem, zmieniającego pieluchy i ubranka niemowlęcia (Arcimowicz, 2003).
      Michael Kimmel twierdzi, że przyszłość dualizmu ról męskich i kobiecych zależeć będzie od stopnia nierówności między płciami. Zdaniem autora "The Gendered Society" różnice w stopniu uczestnictwa mężczyzn i kobiet w życiu publicznym i rodzinnym są pochodną dominacji mężczyzn, którzy jako grupa posiadają władzę nad kobietami jako grupą. To właśnie władza, którą dysponują mężczyźni, powoduje dysproporcje między płciami, jak również to, iż mężczyznom i kobietom przypisuje się różne cechy i role. Zwiększające się uczestnictwo kobiet w sferze zawodowej powoduje zmiany w życiu rodzinnym, większą partycypację ojców w opiece nad dziećmi. Uważam, że w ciągu najbliższych dekad dokona się stopniowe słabnięcie kategorii gender (jako silnie różnicującej płcie). Nie będzie to oznaczać feminizacji sfery publicznej i maskulinizacji sfery rodzinnej. Zmiany w społeczeństwie nie spowodują też maskulinizacji kobiet i feminizacji mężczyzn. Nadal mężczyźni będą się różnić od kobiet, ale tych różnic nie będzie się wykorzystywać jako podstawy dyskryminacji społecznej. Nastąpi zbliżenie między sferą zawodową i rodzinną, a mężczyzna i kobieta będą mogli na równych prawach realizować się w obu dziedzinach życia. W zależności od aktualnych potrzeb i predyspozycji partnerzy w związku będą dokonywać wyboru ról, w których chcą się realizować. W XXI wieku nie będzie dziwić rodzina, w której ojciec zajmuje się wychowaniem dziecka, a matka robieniem kariery zawodowej (Kimmel, 2000). Ponowoczesne odejście od tradycyjnych zasad życia rodzi niepewność i niepokój związany z utratą poprzedniego porządku. Jednak utrzymywanie się tradycyjnych wzorów zachowań może być większym złem niż ich upadek (np. ze względu na istnienie nieegalitarnych relacji między płciami w rodzinie, generujących często męską przemoc). Tradycyjny paradygmat męskości to tylko jeden z wariantów uporządkowania życia społecznego. Historia nowożytna dowodzi, że jest on bardzo skuteczny, gdy chodzi o ekspansję - nie znaczy to jednak, że jest najlepszy.

Literatura cytowana:

  1. Arcimowicz, K. (2003). Obraz mężczyzny w polskich mediach. Prawda - fałsz - stereotyp. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.
  2. Barthel, D. (1992). When men put on appearances. Advertising and the social construction of masculinity. W: S. Craig (red.), Men, masculinity and the media (s. 137-153). London: Sage Publications.
  3. Brod, H. (1992). Introduction. Themes and theses of men's studies. W: H. Brod (red.), The making of masculinities: the new men's studies (s. 1-17). New York - London: Routledge.
  4. Capra, F. (1987). Punkt zwrotny. Nauka, społeczeństwo, nowa kultura (tłum. Ewa Woydyłło). Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy.
  5. Field, M. (2003, 13 stycznia). Katuj się kto może. Forum, 2, s. 26-28. [przedruk z The Independent on Sunaday (2002, 8 grudnia)].
  6. Kaufman, M. (1994). The construction of masculinity and the triad of men's violence. W: M. S. Kimmel, M. A. Messner (red.), Men's lives (s. 9-24). Boston: Allyn and Bacon.
  7. Kimmel, M. S. (1987). Rethinking masculinity. New directions in research. W: Michael S. Kimmel (red.), Changing men. New directions in research on men and masculinity (s. 9-24). Newbury Park: Sage Publications.
  8. Kimmel, M. S. (2000). The gendered society. Oxford - New York: Oxford University Press.
  9. Melosik, Z. (1996). Tożsamość ciało i władza. Teksty kultury popularnej, jako (kon)teksty pedagogiczne. Poznań - Toruń: Wydawnictwo Edytor.
  10. Mosse, G. L. (1996). The image of man. The creation of modern masculinity. New York-Oxford Oxford: University Press.
  11. Purvis, K. (1998). Podbrzusze mężczyzny (tłum. Halina Thylwe). Warszawa: Wydawnictwo Jacek Santorski.
  12. Tiefer, L. (1987). In pursuit of the perfect penis. The medicalization of male sexuality. W: M S. Kimmel (red.), Changing men: new directions in research on men and masculinity (s. 165-184). Newbury Park: Sage Publications.
  13. Witkins, G. (1997). Stres męski. Jak przetrwać stres w latach dziewięćdziesiątych (tłum. Aleksander Gomota). Poznań: Dom Wydawniczy Rebis.
  14. Witkowska E. (2003). Narcyz, antychryst, cyborg... Androgyniczne kreacje współczesnych muzyków rockowych. W: M. Radkiewicz (red.), Gender a kultura popularna (s. 117-132). Kraków: Wydawnictwo Rabid.

PRZYPISY

1) Pod koniec lat 60-tych. XX wieku wraz z rozwojem ruchu feministycznego w USA, pojawiły się studia kobiece (Women's Sudies). Studia nad mężczyznami nie są zwrócone przeciwko kobietom. Ich zadaniem jest pogłębianie i uzupełnianie wiedzy o mężczyznach, również tej uzyskanej dzięki feminizmowi.
Powrót do artykułu

2) Należy zaznaczyć, iż określeniem "nowy mężczyzna" amerykańska autorka posługuje się także w odniesieniu do nowego wzoru ojca ("new father"); będę o tym pisał w dalszej części artykułu.
Powrót do artykułu

3) Przemyślenia Melosika dotyczą głównie USA i Europy Zachodniej. W Polsce jest inaczej, ale i w naszym kraju zaczynają się pojawiać reklamy, wykorzystujące dwuznaczności (np. kampania sieci telefonii komórkowej Idea) lub posługujące się wprost wizerunkami homoseksualistów (np. jeden z numerów czasopisma "Machina"). Podejmowane są również inicjatywy, dążące do zalegalizowa-nia związków homoseksualnych (np. projekt ustawy autorstwa prof. Marii Szyszkowskiej).
Powrót do artykułu

 


O miłości małżeńskiej naukowo
Beata Chorągwicka

      Pisać o miłości jest niezwykle trudno, choć wydawać by się mogło zupełnie odwrotnie: przecież istnieje ona odkąd istnieje ludzkość i choć ludzkość się zmienia, ewoluuje, przechodzi kolejne fazy rozwoju ekonomicznego, politycznego, społecznego - ona trwa niezmiennie, jakby obok, niezależna. I choć niejeden próbował ją zgłębić, dotrzeć do sedna, tak naprawdę nikomu się to nie udało. Naukowcy próbują rozkładać ją na hormony, poeci na słowa, rzeźbiarze na kształty, malarze na barwy a psychologowie na procesy psychiczne. Ale fenomen miłości wymyka się wszelkim próbom zdefiniowania; nie udało się chyba dotąd nikomu opowiedzieć o niej całej prawdy. Jest tak skomplikowana a zarazem tak prosta.
      Platon pisząc o Erosie - bogu miłości - stwierdza: "Takiego steru na całe życie, jakiego potrzebuje człowiek, który chce żyć jak należy, nie potrafią mu dać ani związki krwi w tak pięknej formie, ani zaszczyty, ani bogactwa, ani nic innego - tylko Eros" (Dyoniziak, 1991). Starożytni uważali miłość za uczucie przywiązania, za przyjaźń, duchowe piękno człowieka czy też związek erotyczny. Prawdziwa rewolucja nadeszła wraz z nauką Jezusa Chrystusa. Jego postulat: "Miłuj bliźniego swego jak siebie samego" sprawił, że miłość wyszła poza granice jednostki, nabrała ponadbiologicznego, ogólnoludzkiego charakteru. Według Gottfrieda Wilhelma Leibnitza: "Miłość prawdziwa i czysta polega na stanie, który daje zaznać przyjemności w doskonałosciach i szczęściu tego, kogo miłujemy" (Dyoniziak, 1991: 15). Georg Wilhelm Friedrich Hegel o tym fenomenie pisał: "Prawdziwa istota miłości polega na tym, aby wyrzec się świadomości samego siebie, zapomnieć o sobie (...) i w tym wyrzeczeniu się siebie i zapomnieniu mieć jednak i posiadać samego siebie" (Dyoniziak, 1991). Dla Ludwiga Andreasa Feurerbacha miłość jest cechą jak najbardziej ludzką i kluczową dla istnienia społeczeństwa jako wspólnoty wartości i uczuć. Definicji tego fenomenu próbuje się dokonywać także współcześnie; między innymi napisano: "Miłość to pierwotnie wolny i obejmujący całość, wykorzystujący wszystkie siły czyn, którym ludzie wzaiemnie potwierdzają swoja ludzkość" (Dyoniziak, l991); a także: "zmusza ona nas do tego, byśmy całym jestestwem przyznali innemu człowiekowi to bezwzględnie centralne znaczenie." (Dyoniziak, 1991). Miłość niekoniecznie musi być uczuciem damsko-męskim. Była już mowa o miłości wobec bliźniego, istnieje miłość do Boga, istnieje miłość rodzicielska, przyjacielska i wiele innych jej odmian. W artykule postanowiłam omówić tylko jeden typ tego uczucia, mianowicie miłość w relacjach partnerskich.
      Wszyscy potrzebujemy bliskiego związku z drugim człowiekiem; w relacji partnerskiej ściągamy maskę, możemy być sobą, wyrażać nasze pragnienia, niczego nie udawać. Drugi człowiek jest naszą ostoją w życiu, które nieustannie się zmienia. Dzielone z nim radości stają się większe, troski mniejsze. Od partnera uzyskujemy wsparcie, radę, obronę; jednak to tylko jedna, ta jaśniejsza, strona medalu. Istnieje także i ta ciemna strona - całkowite odsłonięcie się przed drugim człowiekiem czyni nas podatniejszym na zranienia, wzbudza lęk przed śmiesznością i odrzuceniem. Uzależnia nas też w pewien sposób - a w efekcie może prowadzić do poczucia utraty kontroli nad własnym życiem, zatracenia własnego JA , porzucenia części pragnień i marzeń, odpowiedzialności nie tylko za swoje problemy i troski, ale też za zmartwienia tej drugiej osoby (Wojciszke, 1998).
      Można zadać sobie pytanie: dlaczego ludzie kochają? Otóż, jeśli bazować na teoriach wymiany, można stwierdzić, że dokonują swoistego bilansu "zysków" i "kosztów" w zależności od tego czy wynik jest dodatni czy ujemny - zakochują się lub nie. Peter Blau pisał: "Jednostka jest przyciągana przez inną, jeśli oczekuje, że związek z tą drugą osoba będzie dla niej w jakiś sposób nagradzający, zbliża ją zaś do niej zainteresowanie oczekiwanymi nagrodami społecznymi (...). Wzajemna atrakcyjność skłania ludzi do nawiązywania więzi, a nagrody, których sobie dostarczają w toku interakcji społecznej - o ile ich oczekiwania nie zostaną zawiedzione - podtrzymują ich wzajemne przyciąganie i trwanie więzi" (Blau, 1999). Być może nie każdy zgodzi się z przytoczoną definicją przyciągania społecznego w odniesieniu do relacji partnerskich. Nawet Blau uważał, że w tego typu związkach nie występuje oczekiwanie zysków sensu stricte i związki te zaliczał do wewnętrznie nagradzających, czyli takich w których samo ich kontynuowanie stanowi nagrodę. Nie można jednak zaprzeczyć, że niezależnie od tego, o jaki typ nagrody chodzi, jakaś jednak jest oczekiwana. Blau zgadzał się, że i w miłości zachodzi wymiana, choć nieco innego typu niż w związkach nagradzających zewnętrznie (Blau, 1992).
      Zresztą nie tylko Blau tak twierdził, zgadzają się z tym również psychologowie. Owszem, miłość jest uczuciem, gdzie szczęście partnera przedkłada się nad własne, gdzie nie za każde dobro trzeba odpłacić innym - takiej samej wartości, gdzie nie ma mowy o klasycznej rynkowej kalkulacji zysków i strat, ale, jednak oczekiwanie wzajemności istnieje, choćby nawet podświadome. W umysłach ludzkich istnieje milczące oczekiwanie, że wcześniej czy później partner odpłaci nam za troskę i dobroć. Kochając zakładamy przecież, że obiekt naszych uczuć odwzajemnia to, co do niego czujemy, a więc że także zależy mu na tym aby być dla nas dobrym i troskliwym. Pogwałcenie tej niepisanej reguły wzajemności budzi poczucie krzywdy, złości, wywołuje depresję, wycofanie się, a w konsekwencji może prowadzić do rozpadu związku. Wydaje się, że te relacje, w których można mówić o sprawiedliwej wymianie dóbr, mają większe szanse na trwałość i są mniej podatne na zagrożenie konfliktami czy rozpadem; uczestnicy tego typu związków są bardziej z nich zadowoleni i mają większe poczucie spełnienia (Wojciszke,1998). Częstokroć owe inwestycje "włożone w związek" są tym, co mocno trzyma partnerów razem. Oczywiście, nie chodzi tu tylko o inwestycje materialne - wspólne dobra takie jak dom, jego wyposażenie czy samochód, ale także - może przede wszystkim o zainwestowany czas, zdrowie, lata życia, marzenia z których się zrezygnowało, plany jakich się nie zrealizowało.
      Należy zdać sobie sprawę, że związek, w którym tylko jedna ze stron jest naprawdę zaangażowana, tylko jedna ciągle wszystko z siebie daje nie oczekując nic w zamian, a druga strona tylko czerpie - być może jest dobry, ale tylko na krótką metę. Nie będzie on w stanie przetrwać próby czasu, właśnie ze względu na owe podświadomie w nas zakodowane oczekiwanie wzajemności i zasadę sprawiedliwości. Oczywiście, jak od każdej reguły tak i od tej są wyjątki, tłumaczy się je tym, że nierównowaga w wymianie dóbr jest nieprzyjemna zarówno dla partnera wykorzystywanego (poczucie niezadowolenia, krzywdy), jak i wykorzystującego (poczucie winy, lęk przed odwetem). Jeśli jednak ten pierwszy domaga się zadośćuczynienia, a ono nie następuje, wiara w sprawiedliwość jest tak silna, że gotów jest on uwierzyć, że otrzymuje to, na co zasługuje. Partner umniejsza swoją wartość i pozostaje w krzywdzącym związku, zaś druga osoba umacnia go w tym przekonaniu (Wojciszke, 1998). Jednak w większości przypadków ma raczej miejsce nawiązanie do elementarnych zasad zachowania społecznego sformułowanych przez Georga Caspara Homansa: "Im bardziej jest niekorzystne dla człowieka niespełnienie zasady sprawiedliwości dystrybutywnej, tym bardziej jest prawdopodobne, że będzie on objawiać emocjonalne zachowanie, które nazywamy złością" (za Blau, l992). Jest to tzw. twierdzenie o frustracji - agresji, od którego skutków już tylko krok do konfliktu w związku. Niezadowolenie i złość jednej ze stron może wywołać efekt bumerangowy - w takim przypadku naruszona równowaga dystrybucyjna musi zostać przywrócona na drodze negocjacji, bowiem w przeciwnym razie związkowi grozi rozpad.
      Homans w swoich stwierdzeniach poruszył kilka dylematów, z którymi w miłości trzeba się uporać. Na przykład twierdzenie o deprywacji nasycenia mówi, że im więcej nagród wymienionego typu otrzymuje jednostka, tym mniej stają się one po pewnym czasie wartościowe. Problem ten zauważył także Blau pisząc: "Im bardziej jednostka odczuwa jako nagradzające swe uczestnictwo w związku, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie się weń angażować. Jednakże im więcej otrzymuje ona określonego rodzaju nagród, tym mniejszą wartość mają dla niej kolejne zyski - zgodnie z zasadą malejącej użyteczności krańcowej." (Blau, 1992). Tak więc powstaje dylemat: jak rozsądnie "dozować" drugiej osobie uczucie, pomoc, troskę, porady - zanim nasze trudy nie zostaną zniweczone przez ową zasadę malejącej użyteczności krańcowej? Jest to niewątpliwie zadanie trudne, jednak samo zdanie sobie sprawy z istnienia tego rodzaju mechanizmu może dopomóc przeciwdziałaniu zakłóceniom w związku (Homans, 1992; Turner, 1985). Także twierdzenie o wartości da się dobrze przełożyć na relacje partnerskie, bowiem ściśle się ono wiąże ze sprawiedliwością dystrybucyjną w związku. Im bardziej bowiem działanie jest dla jednostki wartościowe, tym bardziej prawdopodobne jest, że będzie ona to działanie przejawiała. Jeśli "wartościowość" tego działania polega na tym, że jednostka otrzymuje za nie nagrody od partnera w postaci np. kontynuacji związku, wdzięczności, odwzajemnienia - będzie ono dla niej wartościowe dopóty, dopóki jej oczekiwania będą spełniane. W przeciwnym wypadku jej zachowanie przestanie być przez nią postrzegane jako wartościowe i w rezultacie zostanie wygaszone (Homans, 1992; Tumer,1985).

      Powróćmy jednak do kwestii konfliktów. Zjawisko to wydaje się szczególnie interesujące, gdyż stanowi jedną z najistotniejszych, jeśli nie najistotniejszą, przyczynę rozpadu relacji partnerskich. Czym w zasadzie jest konflikt? Twórcy "Słownika socjologicznego" - Krzysztof Olechnicki i Paweł Załęcki piszą, że jest to: "Proces społeczny zachodzący między jednostkami, grupami, klasami, narodami, państwami czy organizacjami - wynikający ze sprzeczności ich interesów, celów, intencji, poglądów, zamiarów, motywacji czy obowiązków, powodujący powstanie wrogości między nimi." (Olechnicki, Załęcki 1998: hasło - Konflikt społeczny). Czy jednak tak samo definiuje się konflikt w związku? Czy zawsze musi on powodować wrogość między partnerami? Owszem, konflikt w relacji partnerskiej często związany jest z wykluczającymi się, sprzecznymi potrzebami, życzeniami, interesami i działaniami - jednak nie zawsze przyczyną powstałych napięć są owe przeciwstawne dążenia. Niekiedy jeden, lub obydwoje partnerzy mogą pozostawać pod wpływem napięcia wynikającego z innej sytuacji. Nie zawsze też konflikt prowadzi do wrogości, istnieją bowiem "konflikty ukryte", których istnienia partnerzy nie są świadomi, bądź też są, ale tłumią je w sobie aby nie doprowadzić do ich eskalacji. (Fischaleck, 2000).
      Osobą, która wniosła wiele do problematyki konfliktu w związkach partnerskich, choć zapewne nie będąc tego świadomą, był Lewis Coser. Przede wszystkim dostrzegł on pozytywne funkcje konfliktu, obalając dominujące w owym czasie przeświadczenie, że stan normalny, to stan równowagi i stabilizacji, a konflikty są tylko odmianą patologii. Tymczasem konflikty mogą i częstokroć mają funkcje pozytywne w relacjach partnerskich. Coser uważał, że w zależności od typu problemu, jakiego dotyczą konflikty, mogą być one funkcjonalne w sensie pozytywnym lub też grozić zniszczeniem struktury. Do pierwszych zaliczał te, które nie są sprzeczne z podstawowymi założeniami, na jakich opierają się stosunki społeczne; do drugich zaś te, które dotykają podstawowych wartości na jakich opiera się struktura. Nie wiadomo, których konfliktów jest więcej w związkach partnerskich, wiadomo jednak, że te drugie są dla związku zdecydowanie groźniejsze. Jeśli pierwsze dotyczą takich spraw, jak np. czy na wakacje wybrać się w góry czy nad morze, czy kupić białą farbę do kuchni czy kremową, czy zjeść w domu czy na mieście - tak te drugie dotykają kwestii fundamentalnych: zaufania, odpowiedzialności, wierności. O ile wspólne negocjacje nad wyjazdem wakacyjnym, kolorem farby czy jadłospisem mogą zbliżyć partnerów do siebie, umocnić ich poczucie współdecydowania, zmienić pewne stare zwyczaje i wprowadzić nowe - o tyle te drugie zdecydowanie mogą związkiem zachwiać, a nawet doprowadzić do jego rozpadu (Coser, 1989).
      Relacje partnerskie są w szczególności narażone na rozpad z tego względu, że stanowią grupy (przyjmując, że grupa może składać się z dwóch osób) o ścisłej więzi wewnętrznej, gdzie częstotliwość interakcji jest znaczna i występuje zaangażowanie całej niemal osobowości członków grupy. Sprzyja to wielu okazjom do okazywania zarówno uczuć sympatii, jak i niechęci czy wrogości - te zaś odczytywane są jako zagrożenie dla wzajemnych stosunków. Stąd raczej istnieje tendencja do tłumienia tych uczuć niż ich ujawniania, przez co owe złe uczucia kumulują się, intensyfikują i jeśli konflikt wybuchnie, ma on wyjątkowo gwałtowny charakter. Dzieje się tak z dwóch powodów: po pierwsze wyraża on wówczas wszystkie skumulowane żale i urazy, a po drugie - na skutek pełnego zaangażowania osobowości partnerów następuje ogromna mobilizacja ich uczuć i energii (Coser, 1989). Stąd jasnym staje się dlaczego częstsze konflikty, ale na mniejszą skalę, mogą się okazać dla związku zbawienne - nie doprowadzają bowiem do tak niebezpiecznej kumulacji wrogich uczuć. Problemem może być jednak to, że często pod pretekstem drobnostki kryją się tak naprawdę problemy fundamentalne, zaliczone do drugiej kategorii. Coser poruszył jeszcze inny istotny problem, a mianowicie rozróżnił dwa następujące rodzaje konfliktów: realistyczne, które rodzą poczucie niespełnienia określonych potrzeb i konflikty nierealistyczne, które nie wynikają ze sprzecznych celów, ale z potrzeby rozładowania napięcia przez jedną lub obie strony. Tutaj konflikt staje się celem samym w sobie (Coser, 1989). Konflikty w relacjach partnerskich istnieją niezaprzeczalnie, jeśli jednak mają choć cień szansy, aby być konfliktami konstruktywnymi, funkcjonalnymi pozytywnie, powinny być konfliktami realistycznymi. Tylko takie konflikty mogą spowodować dialog, dochodzenie do kompromisu, powodować zmiany na lepsze.
      Fritz Fischaleck, niemiecki psycholog, w swojej książce "Uczciwa kłótnia małżeńska" podaje cztery warunki, w których konflikt może zostać opanowany. Są to: (1) równorzędność partnerów; (2) samodzielność każdego z partnerów; (3) umiejętność porozumiewania się - komunikacji; (4) zrozumienie samego konfliktu (Fischaleck, 2000). Zauważyłam, że trzy pierwsze da się łatwo przeciwstawić pewnym sytuacjom patologicznym, opisywanym przez wymienionych socjologów - Blau'a i Cosera. Równorzędność partnerów, czyli ich równość w poczuciu własnej wartości, można przeciwstawić stosunek oparty na panowaniu opisanych przez Blau'a (Blau, 1992). Fischaleck pisze: "Nierównowaga, a więc władza jednego partnera nad drugim, uniemożliwia rozwiązanie konfliktu i zmianę." Natomiast: "Władzę można zdefiniować jako możność niedopuszczenia do zmiany" - stwierdza socjolog Bühl (Fischaleck, 2000). Jeśli chodzi o samodzielność każdego z partnerów, czyli świadomość własnej tożsamości i przekonanie, że potrafiliby sami sprostać swojemu życiu, bez udziału tej drugiej osoby - to jej przeciwieństwem jest także (występujące u Blau'a) jednostronne przywiązanie, gdzie jedna strona taką samodzielność posiada, druga natomiast przeciwnie, funkcjonuje tylko dzięki świadomości istnienia tej drugiej osoby i jest od niej całkowicie uzależniona (Blau, l992). Patologią w odniesieniu do trzeciego warunku opanowania konfliktu według Fischalecka - umiejętności komunikacji - mogą być, moim zdaniem, występujące u Cosera "wentyle bezpieczeństwa", które przemieszczają cel z rozwiązania konfliktu, na rozładowanie napięcia jakie on wywołał. Tak więc zamiast doprowadzać do dialogu i kompromisów, dostarczają substytutywnych obiektów wrogich uczuć i środków do rozładowania agresywnych dążeń (Coser, 1989). Dlaczego komunikacja jest tak istotna? Komunikowanie się to otwarte wyrażanie swoich myśli, odczuć, wyobrażeń, dzięki niemu można uniknąć wielu niepotrzebnych napięć, wiele sprzeczności okazuje się być tylko nieporozumieniami, konfliktami pozornymi, zaś prawdziwe konflikty nie ulegają eskalacji i nie wymykają się spod kontroli. Jednak nawet komunikacja może się okazać bezproduktywna, jeśli nie nastąpi spełnienie ostatniego warunku - zrozumienie konfliktu. Partnerzy muszą sobie jasno zdawać sprawę z tego, z jakiego typu konfliktem mają do czynienia, jakiego typu problemu on dotyczy? Dopiero wtedy, kiedy to rozumieją, są w stanie dobrać odpowiednie środki dla jego konstruktywnego rozstrzygnięcia.
      Zatem partnerzy powinni przestać traktować konflikty jako patologię w swoim związku i uznać je za coś naturalnego. Ludzie przecież są różni, pochodzą z różnych środowisk, rodzin, klas społecznych, szkół - wszędzie tam panują różnorodne zwyczaje i obowiązują różne hierarchie wartości. W związku partnerskim - wspólnocie tak ścisłej - muszą i będą zderzać się style życia, każdy ma inne przyzwyczajenia, poglądy, oczekiwania. Z konfliktami można się jednak oswoić, nauczyć się sobie z nimi radzić. Mają one swoje plusy, to przecież konflikty w decydujący sposób przyczyniają się do rozwoju poczucia tożsamości i autonomii człowieka, dzięki nim człowiek uczy się znoszenia niepowodzeń i dyscypliny wewnętrznej. W relacji partnerskiej właśnie z różnic buduje się fundament wspólnego życia (Fischaleck, 2000). Jeśli dodatkowo partnerzy wykażą się zrozumieniem konfliktu, pozytywnym nastawieniem do możliwości zawarcia kompromisu - zyskają broń, która pozwoli im chronić związek przed zagrożeniami płynącymi z wewnątrz.
      (Uwaga: bibliografia do wglądu u autorki opracowania).

 


Pani Bukowego Wzgórza
Ryszard Karpowicz

      Mam przed sobą książkę Inki Dowlasz reprezentującą wspaniałą literaturę faktu. Książkę nietypową, skłaniającą do głębokich refleksji na temat niezwykłej rodziny, którą stworzyli rodzice autorki - Weronika i Grzegorz w szczecińskim domu położonym przy ulicy Mącznej 16, na stoku Bukowego Wzgórza. Duszą tego domu, jego główną kreatorką była - zmarła przed dwoma laty - Weronika. Jedyna w Polsce taka matka, która przez pół wieku wychowywała i wspaniale wychowała w warunkach rodzinnych ogromną liczbę osieroconych dotąd dzieci. To jej głownie poświęcona jest omawiana książka.
     Z pozornego chaosu barwnej stylistyki, miejscami soczystej mowy potocznej, z licznych dialogów - wyłania się nieszablonowa narracja pełna opisów scen i scenek ze zwykłego życia rodzinnego tej niezwykłej rodziny, gdzie wychowywały się kolejne pokolenia. W domu tym dzieci uczyły się żyć i kochać. Uczyły się w różnych szkołach. Zdobywały różne zawody. Potem żeniły się i za mąż wychodziły. Potem same zostawały rodzicami. To w szczecińskim domu rodzinnym na Bukowym Wzgórzu przyswoiły sobie najlepsze wzorce ról małżeńskich i rodzinnych, przyswoiły sobie najcenniejsze wartości.
     Opisy wydarzeń, spostrzeżeń i przeżyć, a przy tym wielu zadumań Inki Dowlasz na temat uczenia się sztuki życia od rodziców - stanowi zasadniczą kanwę jej książki. - "Mama z ojcem dokonali cudu sklejenia obcych sobie istnień w całość, która stała się rodziną. Zrezygnowali z prywatności, byli dostępni całodobowo. Próżno by ich pytać o pedagogiczne metody postępowania. Byli wszędzie i widzieli wszystko". Albo: - "Roberciku, synku kochany, co to znaczy jak mamusia tak mówi?" - "To znaczy - odpowiadał Robercik - że trzeba coś zrobić." Obopólny śmiech i Robercik robił. Był za to chwalony i sławiony przed każdym, kto wszedł w dom. U nas tak się właśnie mówiło: "wszedł w dom".
     Te krótkie fragmenty jakże wymownie ilustrują charakter życia rodzinnego i atmosferę panującą w domu Dowlaszów. Trudno się zatem dziwić odnoszonym sukcesom wychowawczym - efekcie bardzo wielu trudów i starań. Trudów podejmowanych codziennie, od świtu do późnej nocy. Nie podbudowanych bynajmniej uczonymi teoriami czy eksperymentami. Za to podejmowanych z serdecznością, ale i z pragmatyzmem. Ot po prostu - swojsko, po kresowemu, po wileńsku - bo stamtąd właśnie na Ziemie Odzyskane przybyli tuż po wojnie młodzi małżonkowie, Weronika z Grzegorzem. Pracowali w szczecińskich szkołach, pracowali w Państwowym Domu Dziecka. Weronika była pierwszą polską nauczycielką na Bezrzeczu. W roku 1958, w zrujnowanej poniemieckiej willi przy ulicy Mącznej, postanowili założyć swój własny, wielodzietny dom rodzinny dla osieroconych dzieci. Znacznie później polskie placówki opiekuńcze tego typu nazwano rodzinnymi domami dziecka. Dowlaszowie byli pionierami. I sprostali temu wielkiemu wyzwaniu. Sprostała Weronika o której córka pisze w swojej książce.
     Tu pewna dygresja: otóż osobiście podzielam poglądy tych znawców, którzy dociekają "tajemnicy imion". Dlatego śmiem sądzić, że na Weronice Dowlasz odcisnęła swoje piętno jej biblijna imienniczka. Odwaga i samarytańska wola niesienia pomocy najsłabszym zapewne powodowały wielkim opiekuńczym działaniem Pani Bukowego Wzgórza. Rodzina, której tak aktywnie matkowała, ukształtowała wśród jej kilkuset członków silne relacje emocjonalne, wytworzyła trwałe poczucie bliskości i więzi. Przenosiły się one z córek i synów na siostry i braci, na zięciów i synowe, potem na wnuki i prawnuki. Wszyscy się znają i kontaktują (Weronika co kilka lat organizowała na Mącznej wielkie rodzinne zjazdy). Wszyscy też zachowują serdeczną pamięć o Mamie Weronice. Przekazywana jest z pokolenia na pokolenia z tą charakterystyczną nostalgią, jaką przeżywa każdy wspominając swój szczęśliwy dom rodzinny, swoje szczęśliwe dzieciństwo.
     Doskonale wszystko to przekazała w swojej książce autorka "Pani Bukowego Wzgórza". Jak zaznaczyłem we wstępie jest to wyjątkowa literatura faktu. Faktu wielce pozytywnego, jakże wartościowego. Tak mało podobnych faktów mamy dziś i w życiu, i w literaturze.