Małżeństwo i Rodzina                                                             NIEZALEŻNY KWARTALNIK NAUKOWY
NUMER 2 (6) ROK II • KWIECIEŃ-MAJ-CZERWIEC • 2003


 
W     N U M E R Z E:
Przesłanie dla małżeństw i rodzin na początek stulecia. Wypowiedź filozofa:
Maria Szyszkowska
Nasze stulecie

Dorota Głogosz
    • Kondycja ekonomiczna rodzin polskich w przededniu integracji z Unią Europejską
Zofia Dąbrowska
Tolerancja jako wartość i konieczność rodzinna
Beata Ecler-Nocoń
Miłość i odpowiedzialność według Karola Wojtyły

Stanisław Kawula
Szkic do portretu rodziny diasporowej

Alicja Kalus
    • Zadowolenie ze swoich małżeństw par bezpłodnych
Mirosława Furmanowska
    • Interdyscyplinarny charakter wychowania do życia w rodzinie
Dorota Kozieł, Edyta Naszydłowska, Kazimiera Zdziebło
    • Rodzina w zdrowiu i w chorobie
Katarzyna Kowal
    • Rodzinne uwarunkowania narkotyzowania się dzieci i młodzieży
Danuta M. Piekut-Brodzka
    • Atmosfera w rodzinach pochodzenia osób bezdomnych

R E C E N Z J E:
Ryszard Karpowicz
    • Lucjan Kocik (red.): "Wzory małżeństw i rodziny: od tradycyjnej jednorodności do współczesnych skrajności"

 
 
 


Nasze Stulecie - Przesłanie dla małżeństw i rodzin na początek stulecia. Wypowiedź filozofa.
Maria Szyszkowska

      Wszystkie daty są w oczywisty sposób umowne. Na naszej planecie używa się kilku kalendarzy. Są ludzie, u których koniec XX wieku i nastanie nowego tysiąclecia wywołuje niepokój, a niekiedy nawet grozę i z tego niepokoju płynie chęć sięgania do przepowiedni. Lęki wywołane przełomem wieków, a zwłaszcza tysiącleci, mogą stanowić przeciwwagę dla życia bezmyślnego czy nasyconego głównie myślami o karierze i dobrobycie. Wizja katastrof, kresu, zagłady zdolna jest wyrwać z przyzwyczajeń i poruszyć wyobraźnię na tyle, aby skłonić do rewizji dotychczasowego sposobu życia, poszerzenia horyzontów myślowych. Pod wpływem atmosfery przełomu i lęków sięgają po książki - przynajmniej po przepowiednie - ci, którzy zwykli oglądać programy telewizyjne i słuchać radia, zapominając o czytaniu.
      Warto sięgnąć do książki "Przełomy wieków", zawierającej poglądy wielu autorów-filozofów, poetów, pisarzy, dziennikarzy. Poruszane w niej problemy dotyczą każdego człowieka, który zastanawia się głębiej nad sensem życia. W jednym z rozdziałów Jan Stępień podkreśla konsekwencje upadku czytelnictwa. Stawia pytanie: jak kształtować pogląd na świat, skoro nie czyta się literatury pięknej, wybierając rzeczywistość wirtualną? Książkę zamyka rozdział Zenona Piechocińskiego na temat ideałów, których spełnienia oczekuje młodzież XXI wieku.
      Dzisiaj, na przełomie stuleci, nie obserwuję nastrojów dekadentyzmu - tak charakterystycznych dla poprzedniego przełomu. Znamienny jest wiersz "Koniec wieku XIX" Kazimierza Przerwy-Tetmajera porównujący człowieka do mrówki na szynach - bezradnej wobec pędzącego pociągu. Być może wzrost nastrojów optymistycznych wiąże się z nadzieją na przeobrażenie świadomości człowieka w XXI stuleciu i z wiarą, że zostanie ona nasycona nowymi wartościami, które uratują ludzkość. Teraz mamy cło czynienia z nastrojeni zobojętnienia. Nie ma sporów filozoficznych, które w przeszłości - na przykład po roku 1918 czy 1945, lub po 1956 - poruszały intelektualnie. Warstwa inteligencji jest rozbita, biedna, zepchnięta na margines życia, rozgoryczona, nazywana "sferą budżetową" i z truciem walcząca o byt, aby posłużyć się tym darwinowskim określeniem.
      Zobojętnieniu towarzyszą lęki związane z nasyceniem naszej planety bronią masowego rażenia. Również informacje o przemocy i bezradności strażników prawa wobec wszechobecnej niemal siły rozmaitych mafii wywołują strach. Nie bez znaczenia są skutki "czynienia sobie Ziemi poddaną" lub - mówiąc zgoła innym językiem - oddziaływania człowieka na przyrodę i dostosowywania jej cło swoich potrzeb, powodujące degradację środowiska naturalnego. Powszechnie wiadomo, że bezustannie zatruwane środowisko jest powodem zaburzeń zdrowia ludności oraz przedwczesnej śmierci.
      Wiek XXI będzie epoką zdarzeń i zjawisk nieprzewidywalnych. Jednego tylko można zasadnie się spodziewać: idee lewicowe nie będą zanikać w dającej się przewidzieć przyszłości. Wszak spontanicznym przejawem przekonań lewicowych jest współczucie dla tych, którzy w społeczeństwie są biedni i dyskryminowani. Ten uczuciowy odruch rodzi gotowość czynnego przeciwstawiania się wszelkim niesprawiedliwościom w państwie. Twierdzę, że właśnie poczucie sprawiedliwości jest bardziej pierwotne nić poczucie dobra. Jest prawdą oczywistą, że religia chrześcijańska zrodziła się miedzy innymi jako bunt przeciw nierówności i krzywdzie społecznej. Podkreślam tu genezę, nie zaś aktualny sens chrześcijaństwa.
      Bezrobocie długo jeszcze będzie rodzić biedę zanim zaledwie jedna piąta populacji zdolnej cło pracy będzie zdolna bezkonfliktowo zaspokajać potrzeby reszty ludzi pozbawionych pracy. Nim tak się stanie, świadomość niesprawiedliwości i uczuciowa niezgoda na jej przejawy w życiu społeczeństw będą prowadzić - jak zawsze w przeszłości - do kształtowania tak czy inaczej nazywanych ruchów lewicowych. Są one - i zapewne długo jeszcze będą czymś w rodzaju sumienia społeczeństwa. Jestem przekonana, że bez istnienia idei lewicowych - w tym nawet programów zgoła utopijnych - w poszczególnych państwach dochodziłyby do głosu bezkarnie i w sposób niekontrolowany egoizm, żądza posiadania dóbr materialnych oraz chęć podporządkowywania sobie innych.
      Każda epoka kultywowała pewien ideał człowieka. W średniowieczu na przykład wzorcem był etos rycerski ("Pieśń o Roladzie", "Tristan i Izolda"), który uosabiał człowieka mężnego, dzielnego, broniącego słabszych, lojalnego wobec władzy seniora itp. Wczesny kapitalizm głosił ideał człowieka oszczędnego, pracowitego, przedsiębiorczego, pomnażającego majątek. Czasy rewolucyjnych przemian - które przez blisko dwa ostatnie stulecia tak silnie wpływały na obraz świata - propagowały ideową żarliwość oraz gotowość do poświęceń w walce o społeczne cele. Pisał o tym wnikliwie Bogusław Morawski. Trzeba jednak zaznaczyć, że w każdym czasie i miejscu podstawową sprawą jest zagadnienie wartości. Wiara w pewne wartości, nadająca w rezultacie kierunek i sens życiu, decyduje o jego wielkości i niepospolitości. Co należy czynić? Które wartości uznać za nadrzędne?
      Życie trzeba czymś wypełnić, choćby nasz wybór inni uznali za nonsensowny. Wystarczy przywołać na przykład van Gogha, którego malarstwo dla jego współczesnych wydawało się na tyle bezwartościowe, że jedynym nabywcą obrazów był jego rodzony brat. Nie wolno bać się spięcia ze światem; nie jest ono groźne, jeśli mamy wewnętrzne przekonanie o słuszności podejmowanych działań.
      Trzeba umacniać się w swojej prawdzie, po to zresztą, by przeżywać radość dzielenia się nią z innymi. Żyjąc wspólnie, nie powinno się lękać manifestowania własnych przekonań, nie powinno się przywdziewać wprowadzających w błąd otoczenie masek naszego JA. Mimo deklarowanej wolności, w naszym życiu publicznym panuje narastający lęk przed wyrażaniem własnego stanowiska oraz przed jednoznacznym określaniem go. Dominuje zwyczaj głoszenia poglądów dobrze widzianych. Ostrożność od konformizmu oddziela niedostrzegalna linia.
      Trudno jest radośnie żyć w Polsce nie tylko z powodu znacznych obszarów nędzy, bezrobocia i dramatycznych w skutkach reform. Wielu czuje się usprawiedliwionymi, ponieważ "na górze" nie dzieje się lepiej.
      Wiek XXI zależy od nas, od naszej świadomości, nie jesteśmy bowiem zdeterminowani okolicznościami. Nie jest wykluczone, że prawem człowieka zostanie wreszcie uznane życie w trwałym pokoju. Spełniony wtedy zostanie nakreślony przez Kanta drogowskaz dla kolejnych pokoleń.

 

Własność prywatna

      Wiele jest powodów do refleksji na temat mimikry w ludzkim świecie. Na temat lęku, aby nie zostać ocenionym jako relikt poprzedniego systemu. Ale jak czuje się wczorajszy entuzjasta marksizmu wstydliwie dziś starający się pomniejszyć rolę, którą wtedy odgrywał? Dlaczego się tak męczyć? Dlaczego nie zaaprobować siebie w danej postaci ideowej? Światopogląd można zmienić, ale nie z powodów koniunkturalnych.
      Po okresie przeprosin zapanował czas podziękowań i należy oczekiwać, że działacze "Solidarności" podziękują wreszcie robotnikom za stanowiska rządowe, samorządowe i inne. Podziękowanie w żadnym wypadku nie powinno iść w parze z tolerowaniem biedy tych, którzy określoną grupę wynieśli na wysokie stołki. Tymczasem wielu polityków głosi liberalizm ekonomiczny, którego ofiarami są ci, bez których podobno nie byłoby przewrotu w 1989 roku.
      Żyjemy w czasach upadku polskiego przemysłu, który stosunkowo tak niedawno został rozwinięty. W czasach, w których mamy zapomnieć o liczącej się roli robotników w życiu politycznym. Brzmi to żałośnie i zarazem okrutnie, gdy słyszę dobre rady, by na przykład górnicy czy rybacy przekwalifikowali się. Jeżeli poważnie mamy traktować prawa człowieka i podpisywane konwencje międzynarodowe broniące godności człowieka, to należy odnosić się do każdego z szacunkiem. Trzeba zrozumieć, że zawód górnika czy rybaka decyduje zarazem o sensie życia tych osób. Dlaczego na przykład głodującemu malarzowi nikt nie zaleca, aby pisał teksty piosenek rockowych? Chcę przez to powiedzieć, że zapomina się u nas o tym, że człowiek nie jest przedmiotem, a więc powinien wykonywać pracę związaną z zainteresowaniami, nie zaś tę, która w danym momencie zapewnia na rynku lepsze zarobki.
      Nawiążę tu do dziennika Marii Kasprowiczowej "Spadające księżyce". Mimo, że była arystokratką, Rosjanką, potrafiła wznieść się ponad interesy rodzinne i środowiskowe. Stwierdza w swoich pamiętnikach, że rewolucja 1917 roku była w pełni usprawiedliwiona biedą i nieludzkim traktowaniem robotników i chłopów carskiej Rosji. Powstaje pytanie, czy nie należałoby wznieść się ponad własne interesy oraz oczekiwania Zachodu i uznać, że reforma rolna w Polsce oraz nacjonalizacja były aktami legalnymi? Nie mogę zrozumieć, dlaczego mamy oddawać w prywatne ręce na przykład muzea, na które nasze społeczeństwo łożyło przez pół wieku. Nie mogę zrozumieć, dlaczego mamy reprywatyzować, skoro panuje bieda.
      Wracając cło podziękowań - dziękuję sobie, że nigdy nie uległam pokusie odejścia od swoich poglądów. Dziękuję sobie, że podejmowałam decyzje, które wpływały niekorzystnie na moją sytuację materialną. Dziękuję zatem sobie za to, że dziś nie mam żadnego powodu, aby za cokolwiek dziękować siłom politycznym.
      Przechodzimy w Polsce z jednej ostateczności w drugą Od negatywnej oceny własności prywatnej do jej pochwały. Zdarzają się nawet pouczenia, gdy ktoś publicznie zakwestionuje prywatyzację.
      Nie funkcjonuje niestety u nas w skali powszechnej wiedza o tym, że przeciwnikiem własności prywatnej był nie tylko Marks, ale w nie mniejszej mierze na przykład chrześcijański filozof, współtwórca personalizmu - Emmanuel Mounier. Jego poglądy propagował w Polsce do roku 1989 Tadeusz Mazowiecki.
      Marksizm - wbrew pewnym mniemaniom w Polsce - nie jest poglądem, którego należałoby się wstydzić. Marksizm jest nurtem filozoficznym mającym przedstawicieli w Europie Zachodniej. Ten nurt filozoficzny nigdy nie był mi bliski, ale bronił prawa do wolności wyboru stanowiska filozoficznego.
      Żenujące jest, że wielu wczorajszych marksistów stało się z powodu zmian ustrojowych w Polsce gorliwymi wyznawcami liberalizmu ekonomicznego czy nauki społecznej Kościoła.
      Podtrzymując wątek osobisty, dodam, że wychowałam się w atmosferze żalu i pretensji do ustroju z powodu reformy rolnej i nacjonalizacji. Ale po dwunastu latach kapitalizmu w Polsce stałam się zwolenniczką poglądu Mouniera, który - w dziełach wydanych przez "Więź", a nie "Książkę i Wiedzę" - pisał, że źródłem rozmaitych przejawów zła w społeczeństwie jest własność prywatna.
      Tymczasem zewsząd słyszymy, że "prywatyzacja jest jednym z istotniejszych elementów reform gospodarczych", że -_ szukając źródeł przychodów - należy prywatyzować, że prywatyzacja stanowi "istotny bodziec dla rozwoju rynków kapitałowych", etc. O sposobie prywatyzowania i związanej z tym korupcji nie będę tu pisać, media systematycznie o tym donoszą.
      Nasuwają się dwa zasadnicze pytania. Po pierwsze - co dalej z naszą gospodarką, gdy wszystko zostanie sprywatyzowane? Po drugie - jak długo społeczeństwo, a raczej jego znaczna większość, wytrzyma skutki takiej polityki, to znaczy biedę i nędzę? "Solidarność" po przejęciu władzy powinna była przeprowadzić ogólnonarodową debatę oraz referendum na temat nowych podstaw ustrojowych. Mądrzy i uczciwi przywódcy tak by postąpili. Przypomnę, że encykliki papieskie głosiły pochwałę własności prywatnej, ale papież Jan XXIII - twórca II Soboru Watykańskiego - wyraźnie stwierdził: o wyborze własności państwowej, spółdzielczej ma każdorazowo decydować określone państwo, kierując się dobrem wspólnym.

 

Bieda

      Nie jest prawdą, że ludzie biedni oraz żyjący w nędzy ponoszą odpowiedzialność za tę sytuację, często zresztą rozpaczliwą. Nie jest prawdą, że bierność i zgoda na byle jaki tryb życia doprowadziły ich do takiego stanu. Od razu muszę podkreślić, że niezaradność, brak sprytu życiowego czy brak bezwzględności w toczącej się walce o byt nie są właściwościami ujemnymi. Słowacki, Wieniawski czy wspomniany van Gogh byli ludźmi niepraktycznymi - a to ich właśnie uczymy się podziwiać. To ich dzieła stały się cenne dla kolejnych pokoleń. Życie każdego człowieka ma taką samą wartość niezależnie od tego, na ile jest twórczy. W każdym z nas tkwią zalążki twórczości i możliwości z reguły nie w pełni wykorzystane. Przy czym każdy z nas odpowiada za swój los, aczkolwiek znaczenie mają również okoliczności, w których przyszliśmy na świat i splot napotkanych zdarzeń.
      Człowiek biedny nie jest gorszy od człowieka bogatego. Człowiek, który nie chce zmieniać swojego zawodu, by lepiej zarabiać, powinien być ceniony za pasję życiową, nie zaś krytykowany za brak dbałości o to, by lepiej w sensie materialnym, "stanąć na nogi". Gdy słucham niektórych polityków, jak również na przykład socjologów, czy znawców polityki społecznej, oburza mnie traktowanie w ich wypowiedziach człowieka jako kogoś, kto może być dowolnie przekwalifikowany, byleby zdobyć zatrudnienie. Czy mając rzeczywisty - nie zaś jedynie deklarowany - szacunek dla człowieka, można spokojnie proponować rybakowi z dziada pradziada, ażeby zmienił zawód? Czy można sobie wyobrazić górnika wyrosłego w tradycjach śląskich jako zadowolonego z życia stoczniowca?
      Ludzie bezdomni, żyjący na marginesie życia społecznego czy żebrzący stanowią oskarżenie dla określonego ustroju politycznego. Błędna była - powodowana względami politycznymi - likwidacja PGR-ów. Ucierpiało społeczeństwo, bo należy dbać o własną ziemię i jej plony. Ale cierpieli przede wszystkim skazani na beznadziejny los pracownicy byłych PGR-ów. Oburza mnie, gdy słyszę, że odpowiedzialność za nędzę ponoszą oni - bo nie dość drapieżnie zabiegają o rozwiązanie sytuacji, w której się znaleźli po 1989 roku.
      Ludzie biedni żyją z reguły w ukryciu. Muszę podkreślić, że ani dobroczynność, wyśmiewana, znakomicie przez Prusa w "Lalce", ani miłosierdzie nie są właściwymi sposobami rozwiązywania problemów biedy. Mahomet zalecał jałmużnę i czynił z niej cnotę. Ale nie należy opierać rozwiązań społecznych i gospodarczych na oczekiwanych postawach czynnego współczucia bogatych wobec biednych. Zresztą z mojego punktu widzenia - inspirowanego kantyzmem - dobroczynność i miłosierdzie nie są właściwym sposobem odnoszenia się do człowieka. Takie akty mogą rozwiązać jedynie doraźnie czyjś problem życiowy oraz przyczynić się do poprawy samopoczucia osoby zamożnej czy bogatej. Sprawą o znaczeniu podstawowym jest niedopuszczanie do niedostatku, do nędzy - i to ma być rozwiązane przez państwo.
      Gdy spojrzy się na współczesny świat w sposób pozbawiony sentymentów i złudzeń, to okaże się, że najbogatszy kraj świata - będący dla wielu w Polsce przedmiotem uwielbienia - nie przychodzi z pomocą głodującym narodom, jeżeli nie ma w tym jakiegoś interesu. Świat jest wadliwie urządzony - więc poprawmy go!

Oto siedem wskazań dla tych, którzy pragną wolności i nie lękają się odpowiedzialności z nią związanej:

  • Ciesz się tym, że istniejesz;
  • Szukaj oparcia w sobie, ale bądź ciekaw ludzi;
  • Zaufaj uczuciom, doznaniom i wyobraźni;
  • Bądź twórczo zbuntowany, zwłaszcza wobec tego, co stereotypowe;
  • Kieruj się bezinteresownością i bądź wolny od uprzedzeń;
  • Ideały niech będą drogowskazami;
  • Poszukuj piękna zamiast wygody.

Do początku strony


Tolerancja jako wartość i konieczność rodzinna
Zofia Dąbrowska

      Tolerancja jest granicą pomiędzy miłością a nienawiścią. Jest skłonnością do pomagania w imię wartości. Postawą z predylekcją do działania. Wartością ogólnoludzką. Cnotą indywidualną. Ma wiele wspólnego z rozumieniem siebie samego. Jest mocną stroną osobowości. Każdy człowiek uwikłany jest w dramat tolerancji - nietolerancji. Widać to w każdej rodzinie... W czasach nam współczesnych trzeba liczyć się z tym, że niemal w każdej rodzinie niezbędne jest przejawianie postaw nacechowanych tolerancją. Obecność tolerancji jest po prostu niezbędna. Głównie z tego powodu, że do życia małżeńsko-rodzinnego coraz silniej przenikają nowe - dotąd nieznane - zjawiska. Zawsze zaskakują, a niekiedy wkraczają w sposób zgoła brutalny. Weźmy problemy wychowawcze z dziećmi zagrożonymi narkomanią. Weźmy problem kohabitacji: oto dorastająca córka albo syn tworzą związki nieformalne ("po co nam ślub"- powiadają). Albo wybierają typ rodziny monoparentalnej ("chcę mieć dziecko, niepotrzebny mi jego ojciec"). Albo okazuje się, że dorastający syn jest gejem. Albo mąż ma przelotny romans i w efekcie zostaje zarażony wirusem HIV - następnie zakaża żonę. Bez postawy tolerancji nie da się dziś rozwiązać, ani nawet złagodzić, żadnego z wymienionych problemów. A przecież jest ich dużo więcej. Coraz więcej. I coraz trudniejszych.

      Tolerancja należy do świata moralności i do świata zachowań. Wywodzi się z archetypu obcości. Na naszej planecie występuje ok. 2 milionów rodzajów życia - nietolerancja między nimi jest nie do pomyślenia! Jednak znacznie trudniej osiągnąć tolerancję w życiu rodzinnym czy w życiu społecznym. Istnieje w nim dążenie do równości, ale równie silne jest dążenie do rywalizacji, której człowiek właściwie nigdy się nie wyzbywa. Tymczasem wiadomo, że rywala należy pokonać. Już samo myślenie o bliźnim w taki sposób jest zjawiskiem niebezpiecznym. Wszystko co dotyczy mnie, nas, mojego, naszego, swojego - jest, oczywiście, lepsze. Natomiast gorsze jest wszystko to, co dotyczy jego, ich, innego, obcego, cudzego, nie naszego...
      Jeśli mamy do czynienia z rywalizacją pomiędzy grupami, wówczas niemal zawsze występuje agresja. Przykład - kibice sportowi. Pierwszym społecznym mechanizmem powstawania nietolerancji jest entuzjazm zbiorowy. Niemal w każdym przypadku stanowi on swoistą gotowość do nietolerancji. Innym jej mechanizmem sprawczym jest indoktrynacja. Obydwa te mechanizmy poważnie zagrażają życiu zbiorowemu. Obydwoma doskonale potrafi się posługiwać każdy totalitaryzm. Do tolerancji dochodzi się głównie przez intelekt. Gdy jednak staje się ona postawą emocjonalną, wówczas mamy do czynienia z indywidualnym wymiarem zjawiska tolerancji, która staje się cnotą. Mamy do czynienia z "ładem serca", który - jak to pięknie określił Pascal - "jest najważniejszy dla porządku świata". Ład serca doskonale służy stosunkom wewnątrzrodzinnym. Łagodzi, wycisza, wspiera. Pomaga przetrwać najtrudniejsze. Otworzyć się na problemy osób najbliższych. Stwarzać im poczucie bezpieczeństwa psychicznego. Służyć porządkowi emocjonalnemu w relacjach wzajemnych. Ład serca to dar niezwykły. Nawet jedna tylko osoba w rodzinie - przejawiająca ład serca wywodzący się z trudnej postawy tolerancji - jest dla tej rodziny osobą niezwykle cenną, bywa że niezastąpioną.

      Tolerancja jest wartością ogólnoludzką. Jest pojęciem elastycznym, w pewnym sensie pojemnym. Jest przy tym zjawiskiem stosunkowo nowym - mówi się o niej najwyżej od lat dwustu. Tolerancja może być przejawiana wobec odmiennych poglądów i wobec odmiennych zachowań. Może być intelektualna - a więc wyrażająca szacunek dla cudzych poglądów i może być moralna - polegająca na uznawaniu prawa do odmienności. Może być religijna - związana przede wszystkim z wiarą lub niewiarą w Boga. Jest na pewno wartością ogólnoludzką ale w wymiarze indywidualnym, jak zaznaczyłam, staje się cnotą szczególnie pożądaną właśnie w rodzinie, we wzajemnych relacjach rodzinnych, gdzie z reguły występują odmienne, niekiedy konfliktowe poglądy i postawy jej członków, i gdzie tolerancja jest w stanie skutecznie zapobiegać konfliktom i kryzysom, lub znacząco je łagodzić.
      Człowieka tolerancyjnego można poznać po tym, że cechuje go ksenofilia - umiłowanie innego, obcego, odmiennego, cudzoziemskiego. Natomiast człowieka nietolerancyjnego cechuje ksenofobia, która jest lękiem przed innym, przed obcym i na której wyrasta każda nietolerancja. Dylematem jest: co należy robić z człowiekiem nietolerancyjnym? Tak jak dylematem są granice tolerancji, które istnieć muszą, bo gdyby nie istniały, trzeba by tolerować zło. Jednakże regulacje prawne zapewniają utrzymanie minimum moralności społecznej.
      Ksiądz profesor Zachariasz Łyko twierdzi, że "Chrystus był bardzo tolerancyjny, a w historii Kościoła wielu było wybitnych ludzi przepełnionych duchem tolerancji". Jej szermierzem jest na pewno Jan Paweł II. To On właśnie powiedział, iż "nietolerancja jest chorobą ludzkości i hańbą Kościoła".
      Sam termin "tolerancja" wywodzi się z łaciny - "tolero" oznacza "znosić coś z cierpliwością". W życiu niemal każdej rodziny z całą pewnością niejedno trzeba znosić z wielką cierpliwością. Zatem tolerancja niejako w sposób naturalny wpisana jest we współżycie małżeńsko-rodzinne. Można jednak wyrazić ubolewanie, że świadomość tej ważnej zależności wśród zainteresowanych znajduje się na bardzo niskim poziomie. Weźmy - przykładowo - stosunki wzajemne między rodzicami a dorastającymi dziećmi - można tu wręcz mówić o totalitaryzmie jaki z reguły w swej władzy rodzicielskiej stosują wobec dzieci rodzice. Tymczasem:

      Totalitaryzm domowy wyklucza wszelką tolerancję. Trudno się dziwić, że społeczeństwo polskie w swej większości jest mało tolerancyjne; można nawet powiedzieć, że jest nietolerancyjne - skoro postawy nietolerancji kształtowane są głównie w rodzinach, w okresie dzieciństwa, a zwłaszcza w okresie dojrzewania. Małe dziecko całkowicie podporządkowuje się rodzicom, ponieważ szuka bezpieczeństwa, które zawsze zapewnia ktoś silniejszy. Dlatego od rodziców dużo zniesie, nawet niesprawiedliwość w postaci kar cielesnych. Zupełnie inaczej zaczyna się dziać w okresie dojrzewania, kiedy młody człowiek poszukuje własnego miejsca w życiu.
      Tymczasem rodzice - zupełnie nie zauważając u swego dziecka jakościowej zmiany rozwojowej - tak samo jak i dotąd stosują wobec niego totalitarny sposób zarządzania, zamiast zmienić go na demokratyczny. Zrozumiałe, że w takiej sytuacji dochodzi do ostrych konfliktów, wręcz do walki. I właśnie wtedy młody, dorastający człowiek przechodzi rodzinną szkołę nietolerancji - lekcja po lekcji. Rodzice narzucają mu swoją wolę, a on czując się represjonowanym odpowiada agresją. I oto nietolerancja rodzinna święci swój triumf, a potem już "wchodzi w krew". Totalitaryzm domowy wyklucza bowiem wszelką tolerancję. Jest to stwierdzenie wyjątkowo w swej treści bolesne, dotyczy bowiem większości naszych rodzin. Tymczasem uczenie tolerancji, wychowanie w jej duchu powinno się rozpoczynać w każdej rodzinie. Dotyczy to również szkoły.

      Jaka jest rola szkoły w kształtowaniu tolerancji. Życie wewnątrz szkolne stwarza wiele sytuacji, dzięki którym można się uczyć tolerancji niejako ad hoc. Wielu jest uczniów leworęcznych - a więc innych, jeszcze więcej z wadami wzroku, są alergicy, a w niejednej klasie uczą się wychowankowie domów dziecka. Stwarza to sytuacje wychowawcze sprzyjające tolerowaniu odmienności, bądź ich nietolerowaniu... Jednak nasza polska szkoła bywa niekiedy całkowicie bezradna wobec trudnych problemów związanych z tolerancją, nie jest bowiem obudowana służbami pomocy, które wspomagałyby nauczycieli-wychowawców w wielu trudnych, nietypowych sprawach. Do takich należą m.in. problemy narodowościowe, w niektórych regionach naszego kraju występujące z dużą ostrością.
      W Opolu przebadano ok. 2000 dzieci w wieku młodszoszkolnym i stwierdzono, że silny jest w nich polonocentryzm - z całą pewnością wyniesiony z domów rodzinnych. Wykazywały wyraźne, stereotypowe uprzedzenia narodowościowe. Bardzo zły stosunek przejawiały wobec Cyganów, Żydów i Rumunów; zły wobec Rosjan i Ukraińców, ambiwalentny wobec Niemców. Także w Opolu, w szkole niepublicznej, przeprowadzono eksperyment wychowawczo-badawczy na temat: "Spotykajmy się z innymi, niech nie będą obcy". W ciągu dwóch alt systematycznie organizowano dobrze przygotowane spotkania z przedstawicielami różnych narodowości, podczas których informowano o ich historii, dorobku, kulturze, sztuce, obyczajach. Nadrzędnym celem wychowawczym było zwalczanie stereotypów. Starano się podkreślać cechy wspólne (to, w czym jesteśmy do siebie podobni) oraz wypunktować różnice (czym się od siebie różnimy i dlaczego?). Po upływie dwóch lat stwierdzono wyraźnie zmienione na korzyść postawy uczniów wobec obcokrajowców! Znacznie zmniejszył się dystans wobec nich, przyswojono sobie wiele ich piosenek, tańców, utworów literackich, obyczajów. Opisane działanie jest doskonałym przykładem właściwego uczenia tolerancji. Wszak takie wychowawcze oddziaływania szkoły doskonale służą integracji najmłodszych obywateli Polski z Unią Europejską. Najważniejsza w tym rola przypada rodzinie i szkole. Są niezastąpione.

      Tolerancja była zawsze postrzegana w twórczej myśli pedagogicznej. Na Zachodzie Europy powstały i rozwinęły się trzy wielkie nurty pedagogiczne: romantyczny, transmisji kulturowej i progresywny. Najszerzej upowszechnił się nurt romantyczny. Jego cechą szczególną jest naturalizm, a wykładnią samorozwój i samoakceptacja. Jest pedagogiką elitarną, pełną tolerancji. Z kolei nurt transmisji kulturowej kładzie wielki nacisk na zdobycie wiedzy i stara się przystosowywać wychowanków do określonego typu kultury. Ważną rolę pełni w nim rywalizacja, odniesienie sukcesu. Nie ma tolerancji dla pomyłek i niepowodzeń. Natomiast nurt progresywny stara się ukształtować młodego człowieka tak, aby pozostawał w zgodzie z sobą samym, ze społeczeństwem i ze światem przyrody. Ważna jest w tym nurcie refleksja moralna. Ważna tolerancja. Ważne stymulowanie rozwoju. Ważna sprawiedliwość w szkole. Ważne przestrzeganie praw dziecka.
      Przestrzeganie praw dziecka równie wyraźne jest w środowisku rodzinnym. Niestety, we współczesnych polskich rodzinach pojęcie "praw dziecka" z niemałym trudem toruje sobie drogę do świadomości rodzicielskiej, do świadomości społecznej w ogóle. Proszę zwrócić uwagę jak bardzo przywykliśmy do używania samego pojęcia: "władza rodzicielska" - bardzo starego, wywodzącego się z konserwatywnego, tradycyjnego nurtu wychowania. Rzadko komu przychodzi do głowy, aby określenie "władza" zastąpić, powiedzmy: "partnerstwem wobec dziecka", czy "rodzicielskim towarzyszeniem rozwojowi dziecka". Rodzinny brak tolerancji po prostu na to nie pozwala.

      Tolerancja wobec alternatywnych form współżycia małżeńsko-rodzinnego. Takie formy współżycia w grupie rodzinnej, jak: kohabitacja (różne jej rodzaje), wolność od dziecka (małżeństwa bezdzietne z wyboru), samotne macierzyństwo (dziecko - tak, jego ojciec - nie), życie w stanie bezżennym (tzw. single) i wiele, wiele innych - są dziś udziałem licznych, zwłaszcza młodych, osób. Przede wszystkim w USA i na Zachodzie Europy, ale także coraz częściej w Polsce. Niemal każdy z czytelników wskazać może co najmniej kilka par żyjących ze sobą bez ślubu, lub młodych, wykształconych i niezależnych finansowo matek z dziećmi tworzących rodziny monoparentalne z własnego wyboru (nie mylić z matkami "przymusowymi", najczęściej młodocianymi). Zjawisko upowszechniania się wszelkich nowych form życia małżeńsko-rodzinnego wiąże się, rzecz jasna, z coraz bardziej liberalnym podejściem do prastarej, konserwatywnej i tradycyjnej instytucji społecznej, jaką jest rodzina. Wiąże się także z wpływami post modernizmu i na pewno wymaga przejawiania postaw tolerancji wewnątrzrodzinnej. Inaczej być nie może - bez tolerancji rodziny nie są w stanie udźwignąć ciężaru tych nowych zjawisk. Niekiedy krępujących wobec otoczenia, a na pewno trudnych do zaakceptowania.

      Trudny problem tolerancji wobec odmienności seksualnych. Odmienność seksualna sprowadza się przede wszystkim do homoseksualizmu. Sam problem jest bardzo stary. Istniał już w starożytności, istniał w średniowieczu (wtedy w Polsce nazywany paziolubstwem), istnieje rzecz jasna współcześnie. WHO skreśliła homoseksualizm z długiej listy chorób - bo to nie jest choroba. Historycznie patrząc, homoseksualistami byli m.in. Jan Długosz, Bolesław Śmiały, Marszałek Sanguszko, ksiądz Bohomolec... Zawsze przy nich byli piękni chłopcy, którzy robili szybkie kariery.
      Charakterystyczne, że stosunek do homoseksualistów wahał się od absolutnej negacji (wisiało wszak nad nimi zagrożenie karą śmierci) - do udzielania im absolutnej swobody. Tymczasem pozostając w zgodzie z tolerancją nie należy w sposób skrajny podchodzić do tych osób, bowiem segregacja seksualna łatwo może prowadzić do segregacji prawnej. To prawda, że homoseksualni mężczyźni w jakiś sposób zagrażają chłopcom, ale prawdą jest też, że mężczyźni heteroseksualni zagrażają dziewczętom...

      Problem tolerancji wobec inności seksualnej jest problemem specyficznym i na pewno bardzo trudnym. Wbrew pozorom homoseksualizm dotyczy wielu rodzin gdy się zważy, że każdy gej i każda lesbijka ma matkę, ma ojca, ma siostrę lub brata. Każdy i każda z nich wychowuje się przecież i żyje w określonej - na ogół najzwyklejszej - rodzinie. Oczywiście ta "najzwyklejsza rodzina" przestaje nią być w chwili gdy przychodzi jej się zmierzyć z problemem homoseksualizmu dorastającego czy też dorosłego dziecka, albo i męża-ojca, jeśli okaże się, że jest on biseksualistą. Jedno jest pewne: bez zaangażowania zdecydowanych postaw tolerancji członkom takich rodzin na pewno nie uda się zapanować nad zaistniałą sytuacją.

      Problem braku tolerancji wobec zakażonych wirusem HIV i chorych na AIDS. Liczne i przerażające są fakty świadczące o braku tolerancji w naszym społeczeństwie wobec zakażonych i chorych. Tymczasem, jak twierdzą znawcy przedmiotu - m.in. wyspecjalizowana terapeutka Katarzyna Malinowska - wszyscy dotąd niezakażenie i niechorujący powinni wobec zakażonych i chorujących przejawiać więcej pokory, przyjmując wobec nich jedną z dwóch postaw: albo akceptującą zaistniałą sytuację, albo postawę pełną tolerancji. Inne postawy są po prostu nie do przyjęcia. Choćby dlatego, że postawy wyżej wymienione są jedynymi służącymi samoochronie osób niezakażonych. Jeszcze niezakażonych... Brzmi to jak groźne ostrzeżenie, ale dziś już nie jest dla nikogo tajemnicą, iż zakażeniem wirusem HIV może ulec każda i każdy - osoby bardzo dalekie od narkomanii czy homoseksualizmu. Czy jest w ogóle możliwe, by sprawy te nie dotykały bezpośrednio współczesnych małżeństw i rodzin? Czy jest w ogóle możliwe, by nie angażować w te bolesne kwestie rodzinnych postaw tolerancji?

      Zakończenie. Z tolerancją wiążą się nieodłącznie: wiedza, intelekt, odwaga, otwartość, kontakty, doświadczenie, wiara, chęć służenia człowiekowi. Także umiejętność rozpoznawania własnego lęku przed obcym oraz zdolność do konstruktywnego przetwarzania go w postawę sprzyjającą kontaktom z nim. Tolerancja pomaga w rozwoju. Uczy otwartości. Pozwala na korzystanie z bogactw, jakie zawsze ze sobą niesie odmienność. Likwiduje stereotypy w myśleniu i odczuwaniu. Eliminuje agresję i wojowanie. Bazuje na zgodzie i pokoju. Uszlachetnia człowieka. Obecna w wychowaniu dzieci i młodzieży, kultywowana i hołubiona w każdej rodzinie może dopomóc w przetrwaniu naszego świata...

Do początku strony


Miłość i odpowiedzialność według Karola Wojtyły
Beata Ecler-Nocoń - Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach

      Miłość między kobietą a mężczyzną w ujęciu Karola Wojtyły nie jest zjawiskiem jednorodnym. Jest czymś rozwijającym się, podlegającym ciągłym przeobrażeniom. Jest równocześnie źródłem rozwoju dwojga kochających się osób. Natomiast rozwój samej miłości powinien postępować od upodobania do pożądania, poprzez życzliwość, serdeczność i przyjaźń - ku wzajemnej afirmacji siebie jako osób. Owa afirmacja jest bardzo ważna i konieczna, odwraca bowiem uwagę od egoistycznego: "chcę wziąć" a prowadzi do altruistycznego "chcę dać". Prowadzi do zrozumienia potrzeb drugiego człowieka i chęci ich zaspokajania. Dlatego stanowi pewną gwarancję trwałości związku kobiety z mężczyzną.
      Swoje rozważania i refleksje o miłości dwojga Karol Wojtyła zawarł w książce pt. "Miłość i odpowiedzialność" wydanej po raz pierwszy w roku 1960 przez Towarzystwo Naukowe KUL w Lublinie. Moje refleksje zawarte w tym artykule opieram na filozoficzno-etycznych rozważaniach Autora wymienionej pracy.

      Od upodobania do pożądania. Składnikiem miłości, który najczęściej jako pierwszy dochodzi do głosu, jest upodobanie. Upodobanie występuje wówczas, gdy jakaś osoba płci odmiennej przedstawia się nam jako dobro. Chcemy na nią patrzeć, przebywać w jej towarzystwie, słuchać jej słów. Upodobanie nie jest wynikiem świadomej refleksji, przemyślanej postawy, czy też postanowienia. Upodobanie jest przede wszystkim wyrazem popędu seksualnego - rozumianego jako właściwość i siła natury ludzkiej. W upodobaniu odkrywamy jednak pewne zaangażowanie poznawcze kobiety wobec mężczyzny i mężczyzny wobec kobiety, biorą w nim też udział uczucia i wyobraźnia. Zaczyna się intensywnie myśleć o wybranej osobie, wyobrażać sobie sceny z jej udziałem, imaginować wspólne dialogi. Kontakt z nią przedstawia się jako dobro. Oczywiście, natura upodobania może mieć różny charakter: może dotyczyć wyłącznie wartości zmysłowo-seksualnych, ale może się też odnosić do zalet intelektualnych, moralnych czy duchowych.
      Niewątpliwie inna będzie ewolucja upodobania, które powstanie w oparciu o walory zmysłowo-seksualne poznanej i wyróżnionej osoby, a inna gdy upodobaniem objęte zostaną jej walory intelektualne czy moralne. Upodobanie li tylko zmysłowe ma charakter bardziej konsumpcyjny i bliskie jest chęci posiadania - jak posiada się drogocenne przedmioty. Natomiast gdy odnosi się do atrybutów wewnętrznych wybranego człowieka - istnieje prawdopodobieństwo, że może się stać bodźcem do osobistego rozwoju, nawet do gruntownej przemiany. Aby być blisko obiektu swego upodobania, aby móc zaistnieć w jego świadomości, będziemy się starać wzbogacać naszą egzystencję o pewne nowe wartości, o nowe postawy. Ten rodzaj upodobania może zainicjować miłość, choć na pewno nie wystarczy do jej wszechstronnego rozwoju.
      Tak jak upodobanie zakorzenione jest w naturze człowieka, tak wypływa z niej również pożądanie. Pożądanie niewątpliwie związane jest nierozłącznie z płciowością. Każda osoba ludzka jest albo kobietą, albo mężczyzną. Posiadanie płci jest niewątpliwie pewnym ograniczeniem, jednostronnością i budzi wiele emocji - na przykład w ujęciu feministycznym. Czasami próbuje się płci zaprzeczać, nadawać jej sens wyłącznie kulturowy - tymczasem fizyczną i fizjologiczną prawdą jest, że dzięki popędowi seksualnemu kobieta potrzebuje mężczyzny a mężczyzna kobiety. Dopiero razem tworzą komplementarną całość. Ta prawda potwierdza się w przyrodzie i nie sposób jej logicznie zaoponować. A jednak człowiek, który chce zbudować zdrowy i rozwojowy związek, nie może pozwolić, aby pożądanie przeważyło, zdominowało miłość, stając się równocześnie przyczyną jej klęski. Po pierwsze dlatego, że chodzi o aspekt etyczny: pragnienie drugiej osoby wyłącznie jako dobra dla siebie sprzeczne jest z samą ideą miłości. Po drugie dlatego, że pożądanie nie ma stabilnego charakteru, wykazuje niestałość, bo już takie jest ze swej natury.
      Uczuciowość nie ma tak wyraźnego rysu konsumpcyjnego jak zmysłowość. W uczuciowości najczęściej dochodzą do głosu elementy kontemplacyjne, związane z pięknem, estetyką, doznawaniem i przeżywaniem wartości. Uczuciowość pragnie bliskości, intymności, bycia sam na sam. Radość z obcowania z kochaną osobą wyraża się w gestach, muśnięciach, głaskaniu włosów, spojrzeniach, przytuleniach, delikatnej pieszczocie - najogólniej w czułości. Czułość uwydatnia się nawet wtedy, kiedy kochający się ludzie są od siebie oddaleni - wówczas może się wyrażać w słowach pisanych w listach, w słuchawce telefonu, w treści nadanego SMS. W powszechnym przekonaniu uznaje się, że podatność na uczuciowość uzależniona jest od płci. Mężczyźni uważani są za bardziej zmysłowych, natomiast u kobiet wyraźniej uwydatnia się uczuciowość. Istnieje zatem - o czym pisze Karol Wojtyła - pewna rozbieżność psychologiczna w zakresie udziału mężczyzny i kobiety w miłości. Zmysłowość u mężczyzny budzi się szybciej, szybciej też krystalizuje się w jego świadomości i postawie, podczas gdy u kobiety zmysłowość jak gdyby skrywa się w uczuciowości. Także chęć zbliżenia fizycznego u kobiety silnie związana jest z uczuciem i brana za uczucie, podczas gdy mężczyzna wyraźnie odróżnia jedno od drugiego. Stąd większa wydaje się być odpowiedzialność mężczyzny. On niejako dokładniej zdaje sobie sprawę z przyjemności płynącej ze zbliżenia cielesnego, podczas gdy kobieta jak gdyby bardziej chce dać siebie, aniżeli uzyskać rozkosz seksualną, choć nie jest to regułą.

      Miłość jako przyjacielska życzliwość. Upodobanie i pożądanie, choć nieodłącznie związane z samą naturą człowieka, nie wyczerpują istoty miłości. Niewątpliwie są jej elementami, ale samodzielnie miłością nie są. Egzystujące w związku kobiety i mężczyzny autonomicznie mogą doprowadzić - zamiast do jego rozwoju - do pewnego rodzaju wynaturzenia, bowiem miłość, która ma stać się fundamentem rozwoju osób nią połączonych, nie może się ograniczać do pragnienia drugiej osoby jako dobra wyłącznie dla siebie. Wprost przeciwnie - musi być przesycona pragnieniem dobra tej drugiej wybranej osoby. Pragnienie dobra drugiej osoby Karol Wojtyła nazywa po prostu życzliwością. "Życzliwość to tyle, co bezinteresowność w miłości. Nie pragnę ciebie jako dobra, ale Pragnę twego dobra. Pragnę tego, co jest dobrem dla ciebie. Osoba życzliwa pragnie tego bez żadnej myśli o sobie, bez żadnego względu na siebie."
      Spróbujmy zatem wniknąć w naturę życzliwości. Życzliwość to pozytywne i przyjazne odnoszenie się do kogoś. Życzliwym jest ten, kto jest przychylnie i przyjaźnie nastawiony. Powtarza się tu określenie: "przyjaźnie" - a zatem po przyjacielsku, jak przyjaciel. To zwraca uwagę na jeszcze jedną, jakże ważną cechę owego dobrego związku między kobietą a mężczyzną: mianowicie na przyjaźń. Czym jest przyjaźń? Jest pewną bliskością jaźni. Jaźń-przy-jaźni. Jaźń (od łac. ego) określa jednostkowy indywidualny podmiot. Nie wnikając w filozoficzne dywagacje na temat jaźni - które pojawiają się w refleksjach Lachelier'a, Bergsona, Fitchego czy Husserla - w potocznym rozumieniu jaźń - JA definiuje: kim jesteśmy w naszej świadomości, co myślimy, jak działamy? Zatem przyjaźń jest pewnym odkryciem siebie - tego swojego JA - dla drugiej osoby. Udzielaniem siebie, poświęcaniem swego czasu, przekazywaniem myśli, udzielaniem wsparcia. Pięknie to ujął Thomas Hughes: "Błogosławieni ci, którzy mają dar nawiązywania przyjaźni, bo to jeden z najlepszych bożych darów. Wymaga on wielu cech, ale przede wszystkim zdolności do wyjścia poza swoje JA i docenienia tego, co szlachetne i dobre w drugim człowieku."

      Wzajemna afirmacja - ważki kontekst miłości. W jednym ze swych wierszy Ks. Jan Twardowski napisał: "Nie czekaj na wzajemność, telefon i róże. Gdy ciebie nie chcą - nie piszcz, nie szlochaj. Ważne, że ty kogoś kochasz." Brak wzajemności w doświadczaniu miłości chrześcijańskiej jest niewątpliwie jednym z jej sensów. Całe piękno miłości chrześcijańskiej polega właśnie na miłości do nieprzyjaciół, do tych którzy odtrącają, są obojętni, a nawet nienawidzą. Powróćmy jednak do miłości między kobietą a mężczyzną. Jest to miłość wyjątkowa. Wynika bowiem z konieczności doświadczenia komplementarności, zaś komplementarność bierze się z płciowej natury człowieka. Jak pisze Karol Wojtyła: "Mężczyzna potrzebuje kobiety niejako dla uzupełnienia swojego bytu, ona podobnie potrzebuje mężczyzny. Ta obiektywna ontyczna potrzeba daje o sobie znać za pośrednictwem popędu seksualnego. Na podłożu tego popędu wyrasta miłość osoby do osoby, x do y. Miłość ta jest miłością pożądania, wypływa bowiem z potrzeby, a zmierza do znalezienia dobra, którego brak. Takim dobrem jest kobieta dla mężczyzny, a mężczyzna dla kobiety."
      Zatem mężczyzna i kobieta dopiero jako MY stają się istotami komplementarnymi. Wspólnie potrafią ogarnąć większą przestrzeń doznań, uczuć, zrozumień. Razem potrafią - jako MY - pełniej doświadczać świat. Karol Wojtyła tak tłumaczy konieczność wzajemności w miłości między dwojgiem: "Wzajemność związana jest ściśle z miłością pomiędzy mężczyzną a kobietą. Warto zwrócić uwagę (...), że miłość nie jest tylko czymś w kobiecie i czymś w mężczyźnie - w takim razie byłyby właściwie dwie miłości, ale te dwa odrębne fakty psychologiczne zespalają się i tworzą jedną obiektywną całość - poniekąd jeden byt, w którym zaangażowane są dwie osoby."
      Zatem miłość między przedstawicielami dwóch płci czyni z dwojga jedno. Ta jedność najbardziej uwidocznia się w czasie aktu płciowego, ale równocześnie - w prawdziwie dobrym związku - powinna się uwidaczniać także w innych dziedzinach wspólnego bytowania. Aby mogło zaistnieć poczucie komplementarności, miłość dwojga musi się rozwinąć w coś więcej niż tylko w upodobanie, w pożądanie i życzliwość. Koniecznie powinna się pojawić afirmacja wartości tej drugiej, wybranej osoby: afirmacja mężczyzny przez kobietę i afirmacja kobiety przez mężczyznę. Jako osób. Afirmacja jest swego rodzaju wiedzą o tym drugim, bliskim człowieku. Właśnie ta a nie inna osoba staje się kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym. Afirmacja pozwala nam trwać przy niej w chorobie, w chwilach słabości, złego samopoczucia. Pragniemy ją wzmocnić, ochronić i zabezpieczyć. Afirmacja wartości bliskiej osoby nadaje zupełnie inny kontekst i wymiar upodobaniu, pożądaniu, życzliwości i przyjaźni. Powstaje dobrowolna przynależność osoby do osoby. Karol Wojtyła tak to komentuje: "Osoba na ogół jest alteri incommunicabilis - nieprzekazywalna. Otóż miłość wyrywa niejako osobę z tej naturalnej nienaruszalności i nieodstępności. Miłość sprawia, że osoba właśnie chce siebie oddać innej - tej, którą kocha. Chce niejako przestać być swoją wyłączną własnością, a stać się własnością tej drugiej. (...) Jest to jakby prawo ekstazy - wyjścia z siebie, aby tym pełniej bytować w drugim."
      Wzajemna afirmacja w związku mężczyzny i kobiety rodzi wzajemne zaufanie; stąd wzajemność jest nieodzowna w dobrej, komplementarnej miłości - zwłaszcza w miłości małżeńskiej. Wprawdzie jednostronna, nieodwzajemniona miłość także posiada "swój wyraźny i autentyczny profil psychologiczny, ale nie posiada tej obiektywnej pełni, jaką daje jej wzajemność. Wiadomo, że miłość nieodwzajemniona łączy się z cierpieniem. Miłość taka skazana jest naprzód na wegetację w swoim podmiocie, a później na stopniowe konanie. Nieraz nawet konając sprawia, że wraz z nią obumiera również sama zdolność miłowania."
      Wydaje się, że dramaty wielu współczesnych związków małżeńskich wynikają przede wszystkim z braku świadomości małżonków co do przyczyn ich problemów. Obydwojgu - i kobiecie, i mężczyźnie - nie śni się nawet, czym mogą być dla siebie! Gdyby odpowiednio wcześnie znali drogę do wzajemnego zbliżenia - to w razie konfliktów pewnie by próbowali nią pójść, a nie od razu rozchodzili się, aby od nowa szukać szczęścia. Być może kryzysy i impasy w relacjach współczesnych małżeństw więcej mają wspólnego z brakiem znajomości właściwej drogi budowania związku, niż się komukolwiek może wydawać. Dlatego myśli Karola Wojtyły zawarte w Jego pracy "Miłość i odpowiedzialność" stanowić mogą specyficzną profilaktykę współżycia we dwoje - współżycia w związku małżeńskim. Jest to ich dodatkowa niejako waga, cenność i przesłanie.

Do początku strony


Szkic do portretu rodziny diasporowej
Stanisław Kawula - Katedra Pedagogiki Społecznej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie

      Problematyka badawcza i informacyjna dotycząca współczesnej rodziny stałą się już nieodłącznym komponentem wielu kongresów, sympozjów i seminariów naukowych o zasięgu regionalnym i międzynarodowym. Niejednokrotnie fascynuje rozległością tematyczną o charakterze interdycyplinarnym i coraz bardziej doskonalonym warsztatem badawczym (Tyszka, 1997). Jednak samą materię rodziny i sam fenomen rodziny nie dość łatwo jest przełożyć bezpośrednio na praktykę społeczną (Janke, 2002 i inni). Sam bowiem przedmiot dociekań naukowych na temat rodziny ma wyraźnie zabarwienie multidyscyplinarne. Tej, ewolucyjnie zmieniającej się podstawowej komórce życia społecznego, a zarazem trwałej i mało podatnej na gwałtowne zmiany, towarzyszą refleksje badawcze różnej natury, choćby: prawne, ekonomiczne, biologiczne, kulturowe, teologiczne, etyczne, etnograficzne, filozoficzne, demograficzne, urbanistyczne, psychologiczne, socjologiczne czy pedagogiczne, a także kryminalistyczne - dewiacyjne i patologiczne, ogólnie aberracyjne.
      Obecny kształt i sytuacja rodzin współczesnych w skali globalnej świata i jego regionów - ze względu na swoiste środowisko geograficzne czy społeczno-kulturowe - zawiera wiele cech wspólnych, zunifikowanych. Z drugiej zaś strony zaznaczają się rozliczne znamiona wskazujące na odrębność typów rodzin, wzorców i stylów życia, formowania osobowości członków rodzin, a przede wszystkim odmienności struktur rodzin i ich funkcjonowania. Transformacja życia rodzinnego, zwłaszcza w Europie i Ameryce Północnej, uległa znacznym zmianom pod względem struktury i pełnionych funkcji. Analizy pojawiających się różnorodnych konfiguracji rodzinnych w dużej mierze odmienne są od małżeństwa pojmowanego monogamicznie, a także wywodzącej się bezpośrednio z niego rodziny nuklearnej. Różnych, tzw. alternatywnych form życia małżeńskiego i rodzinnego jest aż kilkadziesiąt (Jabłoński, Ostasz, 2002). Jak w takiej sytuacji zachować dystans poznawczy w odniesieniu do nowych form życia małżeńsko-rodzinnego? Co jest ich cechą konstytutywną, ponadczasową, a co - być może - zjawiskiem doraźnym? Jakie elementy zostaną utrwalone prawnie lub obyczajowo, a które tylko doraźnie? Jest to na pewno - i powinien być - przedmiot dociekań naukowo-badawczych familiologów oraz pedagogów rodziny.

     

Zarys cech rodziny diasporowej.

      Za alternatywne formy rodzinne uznaje się w kulturze europejskiej, lub w innych kręgach kulturowych, takie układy wzajemnych powiązań międzyludzkich, te związki i więzi różnej natury, relacje osobowe, ekonomiczne czy seksualne - które nie są usankcjonowane prawnie w danej społeczności lub w danym kręgu kulturowym. Mają one de facto cechy małych grup społecznych. Jedną z takich form jest rodzina diasporowa. Przy czym w europejskich i amerykańskich warunkach kulturowych - to także rodzina zrekonstruowana (Kromolicka, 2000), albo rodzina wielorodzinna (Fiejdasz, Romanowska, 2001) - choć rodzina diasporowa nie jest równoznaczna z rodziną zrekonstruowaną.
      Czym zatem jest rodzina żyjąca w swoistej diasporze? Jest rodziną, ponieważ pełni swoje podstawowe funkcje, pomimo formalnego rozwodu - rozwiązania małżeństwa a nie rodziny. Według prawa kościelnego i obyczajowości katolickiej rozwiedzeni małżonkowie stanowią nadal małżeństwo i funkcjonująca dozgonnie jako rodzina. Według hinduizmu jest to nawet fenomen wieczysty. Dziwnym i godnym zastanowienia wydaje się, iż katolicyzm w tej kwestii jest bardziej wstrzemięźliwy, bowiem restryktywny jest jedynie wobec śmierci: doczesne życie małżonków (wierność, bliskość, opiekuńczość) trwać ma "aż do śmierci". Tymczasem hinduizm mówi o nierozerwalności związku małżeńsko-rodzinnego "aż po wieczność". Są to jednak rozważania i dywagacje o wymiarze metafizycznym. Jednak powróćmy do realiów życia. Rozwód pod względem kulturowym przestał być w naszym kraju powodem dla stawiania byłych małżonków pod pręgierz. Po rozwodzie z reguły pozostają w rodzinie dzieci, a byli małżonkowie nie przestają być ich naturalnymi rodzicami. Często też jako ludzie nie zmieniają się radykalnie pod względem osobowościowym czy charakterologicznym, stąd do ponownie zawieranych związków małżeńskich wnoszą te same cechy i przyzwyczajenia, co nie gwarantuje, że będą one udane. Jednak w wielu przypadkach zamiar angażowania się w nowe związki po prostu u byłych małżonków nie występuje. W takich przypadkach zazwyczaj pojawia się forma życia rodzinnego określona jako życie rodzinne w diasporze..
      Tak więc rodzina diasporowa nadal pozostaje rodziną, bo wiąże ją na ogół ślub konfesyjny (kościelny) małżonków; nie zawarli oni bowiem powtórnych małżeństw cywilnych, pozostają więc obydwoje - czy też jedno z nich - w stanie wolnym. W rodzinie takiej funkcja więzi emocjonalnych oraz funkcja ekonomiczna realizowane są w pierwszej kolejności. Na rolę międzyosobowych więzi uczuciowych - małżeńskich i rodzicielskich - kładzie nacisk w swej pogłębionej analizie Franciszek Adamski (Adamski, 2002). Aspekty prawne mogą być tutaj traktowane jako wtórne. Tak więc jedną z alternatywnych form współczesnego życia rodzinnego w Polsce jest także rodzina żyjąca w swoistej diasporze, niekiedy w wymiarze lokalnym, w niewielkim przestrzennym rozproszeniu - na przykład w tym samym mieście - ale cyklicznie lub nawet codziennie realizująca swoje podstawowe funkcje. Ale może też występować i funkcjonować w układzie krajowym lub międzynarodowym, jeśli na przykład któryś z rodziców przebywa za granicą. Rodzina taka - to znaczy rozwiedzeni małżonkowie - mogą ponownie zawrzeć nowe związki małżeńskie, nie mogą jednak pozostawać w prawnie rozumianej separacji, bowiem nie można jej orzec w odniesieniu do małżeństwa, które wcześniej rozwiązane zostało przez rozwód. Wydaje się jednak, że diaspora małżeńsko-rodzinna powinna być orzekana w wypadkach unieważnienia małżeństwa na przykład przez sądy diecezjalne.
      Funkcjonowanie rodziny diasporowej nie musi oznaczać, że występują w niej li tylko cechy negatywne. Mechanizmy rewitalizacji oraz regeneracji wzajemnej z pewnością mogą usunąć lub znacznie zminimalizować dawne powody, które doprowadziły do formalnego, cywilnoprawnego rozwiązania związku małżeńskiego. Najczęściej występujące przyczyny rozwodów najpełniej przedstawiła w swojej pracy Irena Kowalska (Kowalska, 1995); natomiast Teresa Rostowska poddała szczegółowej analizie główne zagrożenia w wypełnianiu przez współczesne rodziny swoich podstawowych funkcji (Rostowska, 2000). W swym opracowaniu autorka położyła wyraźny akcent na opcję monogamii rodzinnej, tj. zasady nierozerwalności małżeństwa - rodziny, która w Polsce występuje w największym nasileniu. Chodzi o związek małżeński zawarty na podstawie prawa w rozumieniu i w odniesieniu do małżeństwa monogamicznego oraz jednocześnie według norm religii chrześcijańskiej uznany za sakrament małżeństwa, co znajduje swój wyraz w zapiskach polsko-watykańskiego Konkordatu oraz obowiązuje w przypadku unieważnienia małżeństwa w oparciu o normy prawa kościelnego.
      Jak już zaznaczyłem - to niejako zdalne funkcjonowanie rodziny o cechach diasporowych nie oznacza bynajmniej przejawiania w niej cech wyłącznie negatywnych. Okazuje się, że najbardziej dramatyczne napięcie emocjonalne u małżonków i ich dzieci występuje przed rozwiązaniem małżeństwa, tj. przed rozwodem. Oczywiście, rodzicielstwo nadal pozostaje faktem. Przy czym typ rodziny diasporowej - z pedagogicznego punktu widzenia - zaliczyć można do grupy o niewielkim stopniu ryzyka dla prawidłowego wychowania i rozwoju dzieci. Dla potrzeb pedagogiki rodziny interesująca być może analiza dwóch modeli rodziny diasporowej: (1) modelu opartego na konfliktowości, sprzeczności interesów i wzajemnej izolacji oraz (2) na modelu uznającym mechanizm rewitalizacji, wzajemnego poszanowania swoich indywidualności, na regeneracji więzi emocjonalnych, na pomocniczości i wsparciu wzajemnym.
      Ważnym elementem wzspółdziałania rodziny diasporowej jest zaakceptowanie potrzeb jej członków oraz wspólne tworzenie pozytywnych, wzajemnie korzystnych relacji. Możliwa jest także weryfikacja doświadczeń, zwłaszcza międzypokoleniowych i - co najważniejsze - bezpośredniego wspierania się w sytuacjach trudnych - na przykład w chorobie, albo w sytuacjach zupełnie normalnych - takich jak wspólne obchodzenie świąt, imienin i urodzin czy też dokonywanie ważnych zakupów albo większych inwestycji. Funkcjonowanie rodziny o cechach diasporowych - zaledwie tutaj naszkicowanych - powinno się prześledzić na indywidualnych przypadkach, na wielu ich opisach i analizach. Jeśli chodzi o ustalenie ilości funkcjonujących wielu przecież rodzin diasporowych, to - podobnie jak w przypadkach związków kohabitanckich - nie jest ona możliwa do precyzyjnego ustalenia (Marzec-Holka, 1998). Moim zamiarem było jedynie zwrócenie uwagi na typ i charakter samego zjawiska - godny odnotowania w praktyce społecznej oraz w refleksjach i badaniach familiologicznych w warunkach obyczajowo-kulturowych współczesnej Polski.
      Myślę, że rodziny nie prowadzące wspólnego gospodarstwa domowego, żyjące oddzielnie, w rozproszeniu, w swoistej diasporze przestrzennej, ale oparte na silnych więzach emocjonalnych i przepojone poczuciem odpowiedzialności - zwłaszcza wobec własnych dzieci - mogą się z czasem stawać zauważalnym bytem społecznym: nową, alternatywną formą współżycia małżeńsko-rodzinnego. Można także przypuszczać, że na gruncie jednoczącej się Europy (m.in. zwiększona liczba emigracji zarobkowej, większa dynamika relacji międzykulturowych czy wyznaniowych) - taki diasporowy model życia rodzinnego będzie się upowszechniał. Ponieważ bardzo ważnym problemem społecznym i wychowawczym jest sytuacja dzieci z rodzin ryzyka, tj. z rodzin - małżeństw zagrożonych rozpadem - a ich liczba wciąż się w Polsce powiększa - (Sztumski, red. 2001) jak najlepsze funkcjonowanie rodzin diasporowych może to negatywne zjawisko przynajmniej osłabiać. Taka jest już bowiem społeczna praktyka w obszarze współczesnego życia rodzinnego - po prostu powstają nowe jego konfiguracje, nowe alternatywne formy. Dla ich spójności i prawidłowego trwania ważne jednak pozostają dwa niezbędne elementy: korzystne empatyczne relacje osobnicze oraz traktowane nadrzędnie wspólne dobro w grupie - dorosłych i dzieci. Spoiwem najważniejszym będzie tu prawda i miłość, miłość i prawda (Pasternak, 1999).

Bibliografia:
1. Adamski F., (2002): Rodzina. Wymiar społeczno-kulturowy. Wyd. UJ, Kraków. - 2. Fiejdasz K., Romanowska K., (2001): Rozwiedli się i zawarli nowe małżeństwa. Teraz wspólnie z tłumem dzieci tworzą związki, których nie potrafimy nawet nazwać. "Newsweek - Polska" nr z 25 listopada 2001 roku. - 3. Jabłoński D., Ostasz L., (2001): Zarys wiedzy o małżeństwie, kohabitacji, konkubinacie. Perspektywa antropologii kulturowej i ogólnej. ADIAPHORA, Olsztyn. - 4. Jakubiak K., (1997): Współdziałanie rodziny i szkoły w pedagogice II Rzeczypospolitej. Wyd. WSP, Bydgoszcz. - 5. Janke A.W., (2002): Transformacja w stosunkach rodziny i szkoły na przełomie XX i XXI wieku. Wyd. AB, Bydgoszcz. - 6. Kawula S., Brągiel J., Janke A., (2001): Pedagogika rodziny. Obszary i panorama problematyki. "Adam Marszałek", wyd. IV, Toruń. - 7. Kawula S., (1999): Człowiek w relacjach socjopedagogicznych. Szkice o współczesnym wychowaniu. "AKAPIT", Toruń. - 8. Kawula S., (2000): Pedagogika a kompleks i system nauk o wychowaniu. "Ruch Pedagogiczny", nr 3-4 z roku 2000. - 9. Kowalska I., (1995): Historia rozwoju rodziny i jej uwarunkowania. (W): Rodzina - jej funkcje przystosowawcze i ochronne. Materiały PAN, Warszawa. - 10. Kromolicka B., (1997): Rodziny zrekonstruowane. Wyd. Uniwersytetu Szczecińskiego, Szczecin. - 11. Kwak A., (1997): Alternatywne formy życia rodzinnego - ciągłość i zmiana. (W): Rodzina Polska u progu XXI wieku. Wyd. MWSH-P, Łowicz. - 12. Marzec-Holka K., (1998): Konkubinat - "nowy-ład" społeczny czy wyjście z kryzysowej sytuacji życiowej. (W): Bezpieczeństwo rodziny w okresie transformacji ustrojowej. Red. H.Górecka, "DECORA", Olsztyn. - 13. Pasterniak W., (1999): Głębia i pewność. O pedagogice teonomicznej u progu trzeciego tysiąclecia. Wyd. PTP, Poznań. - 14. Piekarski J., (1992): Międzypokoleniowa transmisja wartości w środowisku rodzinnym małego miasta. Wyd. Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź. - 15. Rostowski J., (1987): Zarys psychologii małżeństwa. Psychologiczne uwarunkowania dobranego związku małżeńskiego. PWN, Warszawa. - 16. Rostowska T., (2000): Co zagraża podstawowym funkcjom rodziny w Polsce. "Problemy Rodziny", nr 5, rok 2000. - 17. Slany K., (2002):Alternatywne formy życia małżeńsko-rodzinnego w ponowoczesnym świecie. Wyd. UJ, Kraków. - 18. Słownik małżeństwa i rodziny. (1999): Ks. Bp E.Ozdowski (red.). Wyd. ATK, Warszawa - Łomianki. - 19. Tyszka Z., (1997): System metodologiczny Poznańskiej Szkoły Socjologicznych Badań nad Rodziną. Stan aktualny. Wyd. Instytut Socjologii UAM, Poznań. - 20. Tyszka Z., (2002): Współczesne rodziny w świecie. Wyd. UAM, Poznań.

Do początku strony